Kiedy Prewett sunął palcami po mapie, jaką było jego ciało, Bell coraz mocniej tonął w poczuciu bezsilności. Przykrycie jego serca dłonią nie miało najmniejszych szans go uspokoić - przyniosło odwrotny skutek - teraz już nie tylko biło mocniej, ono dosłownie próbowało wyrwać mu się z piersi. Ten dotyk był karą za grzechy czy błogosławieństwem? Sam już nie wiedział, ale nie potrafiłby go teraz odtrącić - lgnął do tej chuderlawej ręki jak kot, który mimo wcześniejszej oziębłości domagał się teraz pieszczot za uchem i nie dawał za wygraną. Szkoda tylko, że przez to toksyczne wręcz poszukiwanie bliskości, życie tego kota miało się zaraz zawalić. Wystarczyło jedno, krótkie słowo nie pasujące do całej tej układanki. Nie takiego potwierdzenia szukał zadając to pytanie. Prewett miał mu odpowiedzieć: oczywiście, że nie i go wyśmiać, tak powinno się to skończyć. On nie chciał od niego tej miłości, oczekiwał bycia zgniecionym jak robak, a teraz leżał tu i gdybał czy tak czuli się wszyscy, którym musiał zawrócić w głowie. Jakby to był przywilej, że może patrzeć na niego z tak bliska, wlepiać w niego te ciemne oczy pełne oddania i nie ukrywać już nawet błagalnego wzroku wędrującego od oczu Laurenta do jego ust.
- Pewnie już to wiesz, ale nie jestem łatwy do kochania. - Chociaż wielu by się z tym nie zgodziło. Wcale nie dlatego, że nie miał racji uważając się za kogoś trudnego w obsłudze - był bardzo łatwy do kochania, tylko niemożliwy wręcz do życia. W morskiej opowieści nie powinien zostać przedstawiony jako fala, łódź, ptak, ani nawet podmuch rwącego żagle wiatru. Był jak kotwica. Ciężka i brudna, pomagająca utonąć w chwili, ale wymagająca za to bycie pociągniętym w dół na samo dno, jeżeli zechciało się chwycić trzeszczącego łańcucha. Gdyby miał być nauczycielem, wykładałby fizykę, albo prowadził szkolenia z tego, jak skutecznie zrujnować wszystkie relacje, na których ci zależało. Drugi kurs mogli zacząć od uświadamiania się nawzajem, że kiedy ktoś obejmował cię w taki sposób w jaki Crow chciał być obejmowany, wasze atomy się nie dotykały. Dotyk był jednym z największych kłamstw wszechświata. - W środku mojego serca jest strasznie ciemno. Cokolwiek o mnie usłyszałeś - jestem jeszcze gorszy. - Strasznie. Ludzie uwielbiali nadużywać tego słowa w niepasujących do niego kontekstach - kiedy coś miało być po prostu silne, a nie przerażać. Tutaj... Pasowało aż za bardzo.
Wciąż się nie podniósł. Gładził go dłonią po boku twarzy, od czasu do czasu zaczesując mu do tyłu ten sam, niesforny kosmyk włosów. Laurent był absolutnie przepiękny. Tylko taka absolutnie przepiękna twarz nudziła. Zawsze doszukiwał się w ludziach niedoskonałości. Nierówno ułożonych oczu, krzywego zgryzu. Czegokolwiek krzywego, przekrzywionego. Prewett takich rzeczy nie posiadał. Wyglądał jak nieziemski byt, którego ktoś zaprojektował po to, żeby wszyscy pragnęli go mieć za wszelką cenę i udało mu się to - nie ulegało jego wątpliwości, że gdyby chciał mieć go na własność, musiałby się o niego dosłownie pobić, a przynajmniej przegonić szalonym spojrzeniem pół Londynu - ale w takim razie co sprawiało, że nie mógł oderwać od niego wzroku? Może jego krzywizna była trudna do zauważenia, bo znajdowała się... Pod powierzchnią.
Metaforycznie czuł się, jakby leżał pod gruzami. Tego swojego zawalonego świata. Jaką niby lekcję miał z tego wyciągnąć? To go cofnęło w rozwoju o piętnaście lat. Mieć wokół siebie tylu dobrych ludzi i tak czy siak wpatrywać się jak w obrazek w kogoś takiego jak Fontaine albo Laurent. Oboje pasowali do niego jak pięść do mordy, w ogóle nie potrafił wyobrazić ich sobie we wspomnieniach, w których on czuł się najbardziej sobą. Z jakiegoś powodu to właśnie oni, tak odlegli od niego nawykami, zdawali się nadawać mu jakiś cel. Może i to był ich cel, ale co z tego? Mógłby... Mógłby zabić dla niego Dantego, jeżeli właśnie to ściągało mu sen z powiek. Żeby on mógł tu sobie leżeć i patrzeć na te gwiazdy, które nazwał pięknymi. Oczywiście, że mógł to zrobić, wystarczyło go tylko ładnie poprosić. Czy wtedy „jakakolwiek szansa” zamieniłaby się na „tak” tu i teraz?
On się chyba nigdy niczego nie nauczy. Jego umysł był zbyt oporny na przyjęcie czegokolwiek, czego nie chciał usłyszeć od siebie samego.
- Pewnie już to wiesz, ale nie jestem łatwy do kochania. - Chociaż wielu by się z tym nie zgodziło. Wcale nie dlatego, że nie miał racji uważając się za kogoś trudnego w obsłudze - był bardzo łatwy do kochania, tylko niemożliwy wręcz do życia. W morskiej opowieści nie powinien zostać przedstawiony jako fala, łódź, ptak, ani nawet podmuch rwącego żagle wiatru. Był jak kotwica. Ciężka i brudna, pomagająca utonąć w chwili, ale wymagająca za to bycie pociągniętym w dół na samo dno, jeżeli zechciało się chwycić trzeszczącego łańcucha. Gdyby miał być nauczycielem, wykładałby fizykę, albo prowadził szkolenia z tego, jak skutecznie zrujnować wszystkie relacje, na których ci zależało. Drugi kurs mogli zacząć od uświadamiania się nawzajem, że kiedy ktoś obejmował cię w taki sposób w jaki Crow chciał być obejmowany, wasze atomy się nie dotykały. Dotyk był jednym z największych kłamstw wszechświata. - W środku mojego serca jest strasznie ciemno. Cokolwiek o mnie usłyszałeś - jestem jeszcze gorszy. - Strasznie. Ludzie uwielbiali nadużywać tego słowa w niepasujących do niego kontekstach - kiedy coś miało być po prostu silne, a nie przerażać. Tutaj... Pasowało aż za bardzo.
Wciąż się nie podniósł. Gładził go dłonią po boku twarzy, od czasu do czasu zaczesując mu do tyłu ten sam, niesforny kosmyk włosów. Laurent był absolutnie przepiękny. Tylko taka absolutnie przepiękna twarz nudziła. Zawsze doszukiwał się w ludziach niedoskonałości. Nierówno ułożonych oczu, krzywego zgryzu. Czegokolwiek krzywego, przekrzywionego. Prewett takich rzeczy nie posiadał. Wyglądał jak nieziemski byt, którego ktoś zaprojektował po to, żeby wszyscy pragnęli go mieć za wszelką cenę i udało mu się to - nie ulegało jego wątpliwości, że gdyby chciał mieć go na własność, musiałby się o niego dosłownie pobić, a przynajmniej przegonić szalonym spojrzeniem pół Londynu - ale w takim razie co sprawiało, że nie mógł oderwać od niego wzroku? Może jego krzywizna była trudna do zauważenia, bo znajdowała się... Pod powierzchnią.
Metaforycznie czuł się, jakby leżał pod gruzami. Tego swojego zawalonego świata. Jaką niby lekcję miał z tego wyciągnąć? To go cofnęło w rozwoju o piętnaście lat. Mieć wokół siebie tylu dobrych ludzi i tak czy siak wpatrywać się jak w obrazek w kogoś takiego jak Fontaine albo Laurent. Oboje pasowali do niego jak pięść do mordy, w ogóle nie potrafił wyobrazić ich sobie we wspomnieniach, w których on czuł się najbardziej sobą. Z jakiegoś powodu to właśnie oni, tak odlegli od niego nawykami, zdawali się nadawać mu jakiś cel. Może i to był ich cel, ale co z tego? Mógłby... Mógłby zabić dla niego Dantego, jeżeli właśnie to ściągało mu sen z powiek. Żeby on mógł tu sobie leżeć i patrzeć na te gwiazdy, które nazwał pięknymi. Oczywiście, że mógł to zrobić, wystarczyło go tylko ładnie poprosić. Czy wtedy „jakakolwiek szansa” zamieniłaby się na „tak” tu i teraz?
On się chyba nigdy niczego nie nauczy. Jego umysł był zbyt oporny na przyjęcie czegokolwiek, czego nie chciał usłyszeć od siebie samego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.