Smutek był obły. Ludzkie cierpienie oznaczało się śliskością, po której spływały ręce, od której żołądek się ściskał. Och, już wiem - pokryte krwią. Smutek był pokrytą krwią powierzchnią, która dawno powinna zostać otarta, a zamiast tego ciągle nią opływała i w kółko twoje ręce się ślizgały, nie mogłeś złapać stabilnej powierzchni. Zbyt wielu ludzi wokół było zwyczajnie smutnych, kiedy tylko zaglądałeś pod powierzchnię skóry, w jaką zostali przyobleczeni siłą, bo nikt nie pozwolił im wybrać powłoki, w jakiej się rodzili. Mogli co najwyżej mieć minimalny wpływ na to, jakimi się stawali. Włożyłeś tyle trudów w to, żeby wyglądać dokładnie tak, jak dzisiaj, że kiedy ktoś mówił dobrze ci, urodziłeś się z taką twarzą to było wręcz krzywdzące. Lata uważania, lata pilnowania, lata drżenia o to, żeby nie zrobić błędu... zakończone w paru chwilach kryzysu, kiedy jego palce oparły się na kimś, kto nie był oblepiony tą płynną krwią. Nie dlatego, że nie był smutny w ogóle, był. Widział to również w jego oczach, inteligentnych, wpatrzonych w niego z zamiłowaniem, w ten sposób oddający należną mu cześć. On tym smutkiem nie opływał i nie topił się w nim. Mówili na niego Dante i prawdę też spisali, że kto wkraczał do Piekła Dantego powinien był porzucić wszelką nadzieję. Flynn też nie był oblepiony krwią. Spływała z niego strugami, ale jego szorstka powierzchnia i ciągle drżące emocjami ciało rozpryskiwało ją na boki. Na takich ludziach chciało się oprzeć ramiona i sprawdzić, czy można się przy nich schronić i co najważniejsze - czy ochronią ciebie. Drżenie potnie twoją skórę i wyciśnie z oczu trochę łez, sam zadrżysz i będziesz zmuszony do oddania swojego wszystkiego - dobrze, więc weźcie i teraz... bierzcie ich.
Przycisnął mocniej palce do klatki piersiowej, w której biło to serce, zauroczony tercetem. Chciał go usłyszeć, ale jednocześnie nie chciał odrywać wzroku od tych oczu, które teraz czegoś od niego chciały, a słowo "czegoś" pęczniało do rangi absurdalnego niedomówienia. Niestety nie potrafił tego słowa niczym zastąpić. Musiał stać się kimś innym, skoro twarz Flynna, zniszczona, bezwzględnie obnażona z uczuć, zmęczona, stawała się piękniejsza od tych gwiazd nad nimi. Musnął jego policzek wargami. Musnął czubek jego nosa. Musnął drugi policzek i jego dolną wargę. Przesunął swoje ręce z jego serca za jego szyję i ukrył swoją twarz między własnym ramieniem a bokiem jego głowy.
- Obaj jesteśmy jednocześnie łatwi i trudni do kochania. - Powtórzył mu kolejne słowa, które usłyszał w swoim śnie. Bardzo mądre słowa, bo chociaż nie rozumiał ich wcześniej w odniesieniu do Flynna to rozumiał je w odniesieniu do siebie samego. Dlatego tak nienawidził jak i kochał własne ciało. Dlatego tak bardzo miał ochotę obedrzeć samego siebie ze skóry, ale nie miał odwagi, więc.. poprosił dziś o to Flynna. Chyba tak mogli się czuć ludzie, którzy mieli okazję narodzić się na nowo. - Dałbym się jej pochłonąć. - Szeptał mu. Tej ciemności, choć ciemności się bał. Tylko że to był zupełnie inny rodzaj cieni. Inna czerń. To nie była pustka. To było coś, co otulało cię ze wszystkich stron. Bolało i pieściło jednocześnie. - I nauczyłbym się nad nią panować. - Uległaby mu w ten czy inny sposób. Nie po to, żeby się zmieniać, żeby przestawać być sobą. Po to, żeby jego ciało i istota tej pustki zjadały się wzajem i współżyły ze sobą jednocześnie jak ying i yang. Powinien samego siebie stawiać do pionu, bo nawet nie mógł powiedzieć, że chciałby tę czerń rozświetlić. Nie... on mógłby w wybuchać jak supernowa i w niej gasnąć. I byłby temu bardzo wdzięczny. Tak jak z wdzięcznością przyjmował to, co dzisiaj się stało. Odsunął się na te parę milimetrów, żeby znowu spojrzeć w twarz Flynna. - Bardzo głośno krzyczysz. - Szeptał dalej, lekko dotykając palcami milczących warg Edga. - Oddałem swoje serce oceanowi, który dzisiaj szemra słodko do ucha, ale wczoraj grzmiał i niszczył. Nie ma głębszych czeluści od tego, co kryje się pod lazurem. Głębia Challengera to tylko początek. - Lubił nowe słowa, a chociaż to nie były słowa nowe to może było to dla niego nowe określenie? - Pustka morza jest zimna i samotna. - Szeptał i szeptał, sunąc tymi opuszkami po jego twarzy, żeby nauczyć się jej na pamięć. - Ale nigdzie nie jest bezpieczniej i spokojniej niż wtedy, kiedy się w niej skryjesz. - Chciałbym ciepła, wystarczy mi zimna. Wystarczy już ogrzewania cudzego zimna, kiedy chcesz, żeby obie strony były tak rozgrzane.