13.04.2024, 11:56 ✶
Napompowane okadzonym sianem zdania wypływały z ust kaznodziei, wzbudzając w Anthonym tylko odrazę.
Zazwyczaj nie palił, traktował fajkę, ustnik czy tez podłużną cygaretkę jako atrybut wspierający rozmowę, wymuszający oddechy i pauzy, stanowiący doskonałe pióro dla zaznaczenia interpunkcji ulatującego w przestrzeń słowa. Tym razem zapalił, aby odsunąć od siebie nadgniłą woń jeziora, mulistego brudu, na którym wspierały się zbutwiałe deski. Słodka woń tytoniu wysączonego wiśniowym syropem wspierała go jednak bardzo, by nie czuć tego opium, jakim karmił go Macmilan.
Rozmowy o wierze, zawsze były trudne, zwłaszcza z pasterzem, który traktował Cię jak jedną z pospolitych owiec potrzebujących poświęconej księżycem rózgi nad głową i obietnicy wiecznego żłoba, w nagrodę za poderżnięcie gardła, ach nie... w nagrodę za dobre podążanie wyznaczoną ścieżką. Gardził tym dymem, po części mu przecież zazdroszcząc faktu, jak łatwo omamiał i sterował masą. Władza, pieniądze, to była potęga i wygoda, ale rząd dusz...? A jeszcze będąc kapłanem nie musiał budować swojej własnej opowieści, zasłaniając się dawno sprawdzonymi kościelnymi metodami, wyświechtanymi frazesami, które być może działały na spragnione prostych odpowiedzi móżdżki trzody.
Każde ze słów, każde z gładkich zdań mógłby zbić w trzech prostych ruchach. W myślach obracał kołami retoryki, szafował pytaniami wytrącającymi oręż, zmuszającymi interlokutora do podjęcia wyzwania do wysilenia się choć na chwile, by mówić językiem autentyzmu, wprost z zepsutego zgnilizną hierarchicznej, skostniałem struktury serca. Oczywistym było, że nie trzeba znać bóstwa aby je wyznawać, wręcz przeciwnie, im mniej w niższych rzędach u dna piramidy znało się to bóstwo, tym łatwiej było podpiąć jakikolwiek rozkaz, zaszczepić jakąkolwiek myśl, manipulując prostym obrazem Księżycowej Pani. Modyfikować jej obraz, na swój własny, na swoje podobieństwo, przekonać, że to co się mówi, jest jej wolą. Divinum inscrutabilia sunt iudicia, banalne wytłumaczenie każdego zrujnowanego domostwa, które miała strzec, każdego pękniętego życia. Ale to co osiągnąłeś nie jest Twoje, to ona kierowała Twymi dłońmi, bardzo wybiórczo podchodząc do własnej uwagi.
Żałosne, miałkie i doskonałe w efektywności.
A więc Anthony palił, a strużka dymu wynosiła z jego płuc cały jad. Nie musisz mi dawać opium, mam swoje patrz, jak przepływa przez moje zęby. Kowen był ważny, a oni współpracowali, tak różni a tak podobni sobie, zarządcy. Nie widział sensu w przeprowadzaniu tych ataków, dla samej przyjemności wygranego pojedynku, mógł potem opłakiwać straty na wojnie, gdy trujący język zacznie nastawiać ludzi przeciw niemu. I tu już nie chodziło o tępe stado. Tu chodziło o barany oddane wierze, których uderzenie rogów mogło już zaboleć, o członków ministerialnej elity płuczącego w spojrzeniu Matki swoje wszystkie matactwa, kupującego sobie wstęp do nieba, kupujących niepamięć grzeszków szeptanych w zaciszy willi spowiednikowi.
– Kilka dni temu znaleziono tu topielca. Jakaś kobieta nie miała zbyt wiele szczęścia, zdaje się, że zażywała wieczornej kąpieli i... cóż. Woda bywa bezwzględna. – Przecież nie powie, że Matka nie zauważyła, a przecież jej śliczne lico błyszczało nad czarną tonią, gdy bezgłośnie walczące o oddech ciało... Mimowolnie wzdrygnął się, a lepki lodowaty strach wyparł na moment wszystkie myśli, które krętymi ścieżkami obejmowały płat czołowy mózgu. Tym razem odruch nie był świadomy, układ limbiczny domagał się swojej ofiary. Oto stoisz nad jeziorem idioto, a jedno pchnięcie, jedno skutecznie wypowiedziane zaklęcia ustami skwaszonego rozmówcy sprawi, że całe Twoje piękne życie pryśnie, a Ty staniesz nago przed sądem Boginii i co jej powiesz? Jak wkupisz się w łaski?.
Odsunął się od barierki, oddech spłycił mu się, a pętla prymarnego strachu nie chciała odpuścić.
– Jest w tym coś niepokojącego. To że teraz patrzymy na niemego mordercę tej biednej kobiety i nic nie możemy z tym zrobić, w żaden sposób go ukarać. Czy ta woda... nie jest czarniejsza niż zwykłe jezioro? – absurd skropiony potem ściekającym po skroni. Już nie wiedział czy patrzeć na Sebastiana czy na jezioro. Czas odmierzany palonym papierosem kończył się nieubłaganie, nie chciał czmychać jak grzesznik, tym bardziej nie chciał czmychać jak przerażony zaskroniec. Zrobił kolejne dwa kroki w tył, aby znaleźć się na ziemi. Taktyczny odwrót i tak miał wracać, czyż nie? Zmusił ciało do posłuszeństwa, do wyprostowanej sylwetki. Wyciągnął różdżkę, by zniknąć szczątki cygaretki, ale wciąż słysząc szept w głowie przestrzegający go przed zagrożeniem. Stalowe oczy na moment wzniosły się ku Macmilanowi. Na lądzie miał większe szanse, dystans był odpowiedni, tarcze łatwe do wzniesienia... Nie rozumiał sam czemu szykuje się do pojedynku, brak kontroli podsycał tylko rosnący strach a ten nigdy nie był dobrym doradcą...
Zazwyczaj nie palił, traktował fajkę, ustnik czy tez podłużną cygaretkę jako atrybut wspierający rozmowę, wymuszający oddechy i pauzy, stanowiący doskonałe pióro dla zaznaczenia interpunkcji ulatującego w przestrzeń słowa. Tym razem zapalił, aby odsunąć od siebie nadgniłą woń jeziora, mulistego brudu, na którym wspierały się zbutwiałe deski. Słodka woń tytoniu wysączonego wiśniowym syropem wspierała go jednak bardzo, by nie czuć tego opium, jakim karmił go Macmilan.
Rozmowy o wierze, zawsze były trudne, zwłaszcza z pasterzem, który traktował Cię jak jedną z pospolitych owiec potrzebujących poświęconej księżycem rózgi nad głową i obietnicy wiecznego żłoba, w nagrodę za poderżnięcie gardła, ach nie... w nagrodę za dobre podążanie wyznaczoną ścieżką. Gardził tym dymem, po części mu przecież zazdroszcząc faktu, jak łatwo omamiał i sterował masą. Władza, pieniądze, to była potęga i wygoda, ale rząd dusz...? A jeszcze będąc kapłanem nie musiał budować swojej własnej opowieści, zasłaniając się dawno sprawdzonymi kościelnymi metodami, wyświechtanymi frazesami, które być może działały na spragnione prostych odpowiedzi móżdżki trzody.
Każde ze słów, każde z gładkich zdań mógłby zbić w trzech prostych ruchach. W myślach obracał kołami retoryki, szafował pytaniami wytrącającymi oręż, zmuszającymi interlokutora do podjęcia wyzwania do wysilenia się choć na chwile, by mówić językiem autentyzmu, wprost z zepsutego zgnilizną hierarchicznej, skostniałem struktury serca. Oczywistym było, że nie trzeba znać bóstwa aby je wyznawać, wręcz przeciwnie, im mniej w niższych rzędach u dna piramidy znało się to bóstwo, tym łatwiej było podpiąć jakikolwiek rozkaz, zaszczepić jakąkolwiek myśl, manipulując prostym obrazem Księżycowej Pani. Modyfikować jej obraz, na swój własny, na swoje podobieństwo, przekonać, że to co się mówi, jest jej wolą. Divinum inscrutabilia sunt iudicia, banalne wytłumaczenie każdego zrujnowanego domostwa, które miała strzec, każdego pękniętego życia. Ale to co osiągnąłeś nie jest Twoje, to ona kierowała Twymi dłońmi, bardzo wybiórczo podchodząc do własnej uwagi.
Żałosne, miałkie i doskonałe w efektywności.
A więc Anthony palił, a strużka dymu wynosiła z jego płuc cały jad. Nie musisz mi dawać opium, mam swoje patrz, jak przepływa przez moje zęby. Kowen był ważny, a oni współpracowali, tak różni a tak podobni sobie, zarządcy. Nie widział sensu w przeprowadzaniu tych ataków, dla samej przyjemności wygranego pojedynku, mógł potem opłakiwać straty na wojnie, gdy trujący język zacznie nastawiać ludzi przeciw niemu. I tu już nie chodziło o tępe stado. Tu chodziło o barany oddane wierze, których uderzenie rogów mogło już zaboleć, o członków ministerialnej elity płuczącego w spojrzeniu Matki swoje wszystkie matactwa, kupującego sobie wstęp do nieba, kupujących niepamięć grzeszków szeptanych w zaciszy willi spowiednikowi.
– Kilka dni temu znaleziono tu topielca. Jakaś kobieta nie miała zbyt wiele szczęścia, zdaje się, że zażywała wieczornej kąpieli i... cóż. Woda bywa bezwzględna. – Przecież nie powie, że Matka nie zauważyła, a przecież jej śliczne lico błyszczało nad czarną tonią, gdy bezgłośnie walczące o oddech ciało... Mimowolnie wzdrygnął się, a lepki lodowaty strach wyparł na moment wszystkie myśli, które krętymi ścieżkami obejmowały płat czołowy mózgu. Tym razem odruch nie był świadomy, układ limbiczny domagał się swojej ofiary. Oto stoisz nad jeziorem idioto, a jedno pchnięcie, jedno skutecznie wypowiedziane zaklęcia ustami skwaszonego rozmówcy sprawi, że całe Twoje piękne życie pryśnie, a Ty staniesz nago przed sądem Boginii i co jej powiesz? Jak wkupisz się w łaski?.
Odsunął się od barierki, oddech spłycił mu się, a pętla prymarnego strachu nie chciała odpuścić.
– Jest w tym coś niepokojącego. To że teraz patrzymy na niemego mordercę tej biednej kobiety i nic nie możemy z tym zrobić, w żaden sposób go ukarać. Czy ta woda... nie jest czarniejsza niż zwykłe jezioro? – absurd skropiony potem ściekającym po skroni. Już nie wiedział czy patrzeć na Sebastiana czy na jezioro. Czas odmierzany palonym papierosem kończył się nieubłaganie, nie chciał czmychać jak grzesznik, tym bardziej nie chciał czmychać jak przerażony zaskroniec. Zrobił kolejne dwa kroki w tył, aby znaleźć się na ziemi. Taktyczny odwrót i tak miał wracać, czyż nie? Zmusił ciało do posłuszeństwa, do wyprostowanej sylwetki. Wyciągnął różdżkę, by zniknąć szczątki cygaretki, ale wciąż słysząc szept w głowie przestrzegający go przed zagrożeniem. Stalowe oczy na moment wzniosły się ku Macmilanowi. Na lądzie miał większe szanse, dystans był odpowiedni, tarcze łatwe do wzniesienia... Nie rozumiał sam czemu szykuje się do pojedynku, brak kontroli podsycał tylko rosnący strach a ten nigdy nie był dobrym doradcą...