13.04.2024, 12:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 23:42 przez Millie Moody.)
Trochę szkoda było, że założyła tę koszulkę, zasłaniając większość jedynego obrazu zdobiącego nienaturalnie wychudłe ciało. Rozlewająca się po lewym barku w dół aż do biodra blizna rozchodziła się nieregularną promienistością pioruna, niegdyś świetlistego, teraz w najdrobniejszym szczególe lekko wypukłego o różowawo-liliowym cieniowaniu. Rzecz, która mogła umknąć przy poprzednich, pospiesznych spotkaniach, w których nie było nawet miejsca, na pełną ekspozycję ciała. Dziewczyna zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na to co nieznajomy robi ze sobą, gdzie patrzy, czy w ogóle istnieje. Zapodziana we własnych myślach, zapodziana w marzeniu, które finalnie nosiło ze sobą posmak koszmaru...
Nigdy nie sięgnęła ku temu tak dosadnie, on zupełnie nieświadom, ona skulona w ruinie zburzonego tabu, przerażona, zatopiona w pogardzie do samej siebie, w szoku i wstręcie do myśli, do obrazu tak rzeczywistego, że wciąż czuła miękkość cudzej skóry pod własnymi zębami, wciąż czuła jej słodki zapach.
– Nie chce. – Zaiste ich konwersacje jak dotąd mogły nawet nie zająć jednej kartki umęczonego życiem strzępka papieru. Wypowiedziane, wyburczane, wypchnięte słowa i zaraz potem kolejny oddech łapczywie spalanego plugawego papierosa. A wraz z nim swąd, charakterystyczny, intensywnie paskudny zapach przypalanych włosów. Rozbiegana uwaga zogniskowała się gwałtownie na skręconym kosmyku, spopielonym skarłowaciałym, tak banalnym do skruszenia jak jej własne życie. Jeden nieuważny krok, jeden papieros za dużo. Nikt by nie zauważył.
–Kurwa pierdole...– szarpnęła się zrywając z łóżka, prawie, że potykając o własne nogi. Pet trafił na podłogę i nie miała problemu by zgasić go własną stopą. Ból trzeźwiał, ból był prawdziwy, rzeczywisty, był cierpieniem przypominającym tak pięknie o tu i teraz. Rękami znów zaczęła odgarniać histerycznie włosy, dysząc ciężko, wściekle, w furii, która była o wiele prostszą emocją, czerwonym płaszczem bezpiecznie zabierającym cały żal łamiący serce, całą niechęć, furia była piękną siłą zasłaniającą małą zagubioną dziewczynkę, która nie wiedziała jaki jest cel tego, by w ogóle oddychać. Furia zmuszała do oddychania, wypychała do działania, męczyła ciało tak, aby potem nie zrobiło nic głupiego.
Złociste oczy o lekko zaczerwienionych białkach zatrzymały się na leżącym nagim mężczyźnie, na moment zamarła z dłońmi wysoko uniesionymi, z zagarniętymi nieudolnie kłakami, przytrzymującymi je na czubku głowy. Dłońmi, które próbowały okiełznać plątającą się czerń w formie rozpierdolonego na wszystkie strony koka, czy kitki. Nie miała ani szpilki, ani gumki, definitywnie cierpiała na brak pomysłu. Z trudem składała ciąg przyczynowo skutkowy.
– Masz nóż? – syknęła pytanie, które bardziej brzmiało jak oskarżenie, graniczące z pewnością.– Masz! Musisz mieć, kurwa, o nożyczki nawet nie pytam, daj mi go! – Była o krok by rzucić się do szafek i zacząć je przeszukiwać, musiała coś zrobić, musiała zabrać myśli, musiała odciąć je, zostawić tutaj, pogrzebać, spalić, zakopać, nikt, nikt nie mógł się dowiedzieć, musiała coś zrobić. Próżno było szukać w niej spokoju i chęci przytulenia, rozmowy, jej ciało drżało tak, jakby absolutnie nie potrzebowała narkotyków. Jakby nie potrzebowała ich więcej.
Nigdy nie sięgnęła ku temu tak dosadnie, on zupełnie nieświadom, ona skulona w ruinie zburzonego tabu, przerażona, zatopiona w pogardzie do samej siebie, w szoku i wstręcie do myśli, do obrazu tak rzeczywistego, że wciąż czuła miękkość cudzej skóry pod własnymi zębami, wciąż czuła jej słodki zapach.
– Nie chce. – Zaiste ich konwersacje jak dotąd mogły nawet nie zająć jednej kartki umęczonego życiem strzępka papieru. Wypowiedziane, wyburczane, wypchnięte słowa i zaraz potem kolejny oddech łapczywie spalanego plugawego papierosa. A wraz z nim swąd, charakterystyczny, intensywnie paskudny zapach przypalanych włosów. Rozbiegana uwaga zogniskowała się gwałtownie na skręconym kosmyku, spopielonym skarłowaciałym, tak banalnym do skruszenia jak jej własne życie. Jeden nieuważny krok, jeden papieros za dużo. Nikt by nie zauważył.
–Kurwa pierdole...– szarpnęła się zrywając z łóżka, prawie, że potykając o własne nogi. Pet trafił na podłogę i nie miała problemu by zgasić go własną stopą. Ból trzeźwiał, ból był prawdziwy, rzeczywisty, był cierpieniem przypominającym tak pięknie o tu i teraz. Rękami znów zaczęła odgarniać histerycznie włosy, dysząc ciężko, wściekle, w furii, która była o wiele prostszą emocją, czerwonym płaszczem bezpiecznie zabierającym cały żal łamiący serce, całą niechęć, furia była piękną siłą zasłaniającą małą zagubioną dziewczynkę, która nie wiedziała jaki jest cel tego, by w ogóle oddychać. Furia zmuszała do oddychania, wypychała do działania, męczyła ciało tak, aby potem nie zrobiło nic głupiego.
Złociste oczy o lekko zaczerwienionych białkach zatrzymały się na leżącym nagim mężczyźnie, na moment zamarła z dłońmi wysoko uniesionymi, z zagarniętymi nieudolnie kłakami, przytrzymującymi je na czubku głowy. Dłońmi, które próbowały okiełznać plątającą się czerń w formie rozpierdolonego na wszystkie strony koka, czy kitki. Nie miała ani szpilki, ani gumki, definitywnie cierpiała na brak pomysłu. Z trudem składała ciąg przyczynowo skutkowy.
– Masz nóż? – syknęła pytanie, które bardziej brzmiało jak oskarżenie, graniczące z pewnością.– Masz! Musisz mieć, kurwa, o nożyczki nawet nie pytam, daj mi go! – Była o krok by rzucić się do szafek i zacząć je przeszukiwać, musiała coś zrobić, musiała zabrać myśli, musiała odciąć je, zostawić tutaj, pogrzebać, spalić, zakopać, nikt, nikt nie mógł się dowiedzieć, musiała coś zrobić. Próżno było szukać w niej spokoju i chęci przytulenia, rozmowy, jej ciało drżało tak, jakby absolutnie nie potrzebowała narkotyków. Jakby nie potrzebowała ich więcej.