Jakże biedny Samuel musiał czuć się samotny – stracił matkę, stracił Knieję, swój dom… Z tego co zrozumiała, to został sam jak palec, a nader wszystko, był całkowicie rozdzielony od rodziny. Nie znał jej, tak jak oni nie znali jego; Ginny nie wiedziała nawet, że Berenika miała syna, ale umówmy się – ta informacja mogła całkowicie przejść obok niej, w Anglii nie bywała tak często, a wtedy inne rzeczy zajmowały jej głowę, a nie ciocia Berenika i jej rodzina i losy. Dzisiaj się to zmieniło. Dzisiaj była tu jako dorosła, świadoma wielu spraw kobieta i już wiedziała, że będzie musiała się zainteresować tematem, zapytać babcię, dziadka, może zerknąć w karty albo w kryształową kulę… Ale Samuel przeżywał to całym sobą. Tak jak ona całą sobą potrafiła się uśmiechać, tak z niego te emocje również się wylewały i nie potrafiła, nawet gdyby chciała (a wcale nie chciała), się od niego odsunąć, nakazać dystans pomiędzy nimi, gdy widziała, jak bardzo obca osoba, ale nosząca to samo nazwisko co on (a przynajmniej co jego matka…), wiele dla niego znaczy. Przynależność gdzieś, do czegoś – była dla niego wszystkim. I rozumiała to, każdy chciał gdzieś należeć. Do kogoś. Mieć swoje miejsce na ziemi.
– Dom jest wszędzie tam, gdzie jest twoje serce – odparła miękko, nadal gładząc go uspokajająco. Dom… budynek stanowiący schronienie przed wpływem natury? Miejsce, gdzie możesz się położyć spać we własnym łóżku? Czy może dom odnajdywało się przy najbliższych sercu osobach, przy których człowiek czuł się bezpiecznie, na miejscu? Chciała tymi słowami przekazać Samowi, że to nie jest ważne, czy dom jest w Kniei, czy gdzieś indziej, lecz że wszystko zależy od niego. Tylko od niego i jego wyborów. Ale też nie zamierzała go na siłę wyciągać do ludzi, jeśli nie czuł się na to gotowy.
– Oj tak, jest więcej – uśmiechnęła się do niego ciepło, gdy się odsunął, cały zapłakany i zaczerwieniony od tych emocji, nad którymi nie panował. Ginewra nie widziała w tym nic złego, nic uwłaczającego. Ale wyciągnęła z torebki materiałową chusteczkę, haftowaną, by mógł otrzeć twarz. – Żyją, oczywiście, że żyją. I jestem pewna, że chcieliby cię poznać – czemu mieliby nie żyć? Ona żyła, jej ojciec żył, rodzice taty… pradziadek. Dalsza część rodziny też żyła. Może nie było ich nie wiadomo jak wielu – ale żyli. A wieść o tym, że było ich o jednego więcej na pewno by ich ucieszyła – to w końcu rodzina. A na rodzinę nie stawia się kreski, tak? Zwłaszcza tak zagubioną część, jaką był Samuel – dosłownie zagubioną, ale też w przenośni, w czeluściach swojego umysłu i doświadczeń. Samuel jednak zaczął zachowywać się dziwnie – odsunął się bardziej… i jeszcze bardziej, wyciągając ręce w taki sposób, jakby dawał jej znać, by się nie zbliżała. Emocje brały górę, znowu… Klątwa ziemi? O to chodziło? Nic się jednak nie stało. Czegokolwiek się bał – nie nadeszło. Egipcjanka uniosła dłoń, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się do Sama zachęcająco.
– Chcesz się przejść ze mną? Nawet tylko dookoła cmentarza – zaproponowała, bo może ruch mógłby pomóc Samowi, jeśli coś robił, a nie tylko tak stali tutaj… – Chętnie posłuchałabym czegoś o tobie. I mogę ci opowiedzieć trochę o sobie, albo o kimkolwiek albo czymkolwiek innym. Znam dużo opowieści.