Ludzie lubili nazywać innych dziwakami, ekscentrykami, świrami. Często po cichu, za plecami, nie chcąc, by to wyszło na jaw - ta ich prosta myśl, że dany osobnik nie pasuje do reszty. Zabawne i naiwne. Nietypowi ludzie często wiedzieli, że są nietypowi. Zauważali to w reakcjach innych, w niezrozumieniu wobec innych, bo przecież... to działało w dwie strony. Normalność dla ogółu definiowana była przez większość, a dla dziwaków? Przez ich własne rozumowanie świata. Pojęcie normalności wpisywało się w rozumowanie świata przez Esmé. Wiedział, że nie jest normalny. Nie zawsze jednak wiedział dlaczego. Nie zawsze też wiedział, które jego elementy sprawiały, że był aż tak odmienny.
Jednym z tematów pozostawionych w nieświadomości kaletnika, były jego preferencje wobec ludzi. Jak każdy inny - miał swój ideał oparty na cechach, które uważał za najbardziej wartościowe, pociągające czy interesujące, lecz nie to było najważniejsze. Najważniejsza była, po raz tysięczny, Prawda. Kim byli naprawdę? Ponad to, co preferował Esmé, było to co przedstawiali ludzie sobą. Tak naturalnie. Doprowadzało to do absurdów, w których Rowle potrafił cenić oprycha bardziej, niż filantropa. Wszystko tylko dlatego, że oprych był sobą, tak po prostu, bezkompromisowo sobą. Nie udawał nikogo. A filantrop, jeżeli jedynie udawał, był dla rzemieślnika nikim. Powtarzano - nie ma dwóch takich samych ludzi. A jednak wielu dążyło do tego, by być tą samą osobą, którą społeczeństwo wykształciło jako ideał. Efekt czasów, efekt potrzeb, efekt świata, w którym żyli. Produkt.
Jak na rzemieślnika, to zaskakująco brzydził się tym słowem. Produkt. Według niego określało to coś, co zostało stworzone bez duszy. Jako efekt zamówienia, potrzeb, otoczenia, ale nigdy... pasji. Nigdy czegoś więcej. Dlatego swoje "produkty" nazywał dziełami. To stawiało linię. Laurent lubił zwracać uwagę na to, że Esmé wypowiadał niemal tę samą myśl co on, ale z wykorzystaniem synonimów. Tutaj było podobnie - produkt i dzieło, były blisko siebie. Ale dla kaletnika - te słowa nie mogły być od siebie dalej.
Nie być produktem. To było dla Rowle piękne. Przepiękne nawet. Wyrwać się ze schematów, stać się jednostką, a nie elementem. Zostać dziełem własnych wizji, pragnień, problemów. Nie odpowiedzią na potrzeby i problemy świata, w którym się żyło. Społeczeństwa, w którym zajmowano miejsce. Którego było się ów elementem. To było podążanie za własną Prawdą. Bo, po raz tysięczny i pierwszy, nie było uniwersalnej Prawdy. Każdy miał swoją własną, a Esmé... kochał je poznawać.
Dlatego też nie zamierzał prostować swoich myśli, gdy Geraldine nie do końca go zrozumiała. Wyciągnęła z tego swoją własną Prawdę, którą Rowle szanował. Nie miał zamiaru zmieniać w niej niczego. Nawet jeżeli arogancko uważał, że jego Prawda jest najprawdziwsza. Typowo. W gruncie rzeczy - wydawało mu się, że mają na ten temat to samo zdanie, ale przyczepiali do tego nieco różne wartości. Widzieli w tym nieco inne rzeczy. Rzemieślnik również uważał, że dążenie do perfekcji jest czymś nadobnym, jednak nie zapominał, że porażki są ważnym etapem tego procesu. Dla niego - nawet najważniejszym. Mówił już o tym, ale nic nie uczyło tak, jak cierpienie. Nic nie pozwalało zapamiętać lekcji, jak ten ból. Po porażce, po złej decyzji, po całej passie złych decyzji nawet. Wszystko to było elementem procesu. Sukcesy były zdanymi testami, zaś nauka zawsze była ciężka. Podążając za tą logiką - w ciemnych oczach Esmé wszystkie "nie-wspaniałości" Geraldine, przez to że właściwie je rozpoznawała i czuła to, co czuła, były wielkimi symbolami progresu jej osoby. Wręcz kamieniami milowymi. Paradoksalnie - dowodem jej wspaniałości. Perfekcji nie dało się osiągnąć, a jeżeli coś leżało poza nasza mocą, to dlaczego mielibyśmy się tym przejmować? Porażki w drodze do perfekcji były nieuniknione. W tym celu nie było niczego, poza porażkami. Sukcesy były zdanymi testami, ale prawdziwego sukcesu w tym celu nie było. Przegrana była nieunikniona - prędzej czy później. Liczył się tylko wynik końcowy. Jak daleko zaszliśmy w tej drodze? Podcinanie sobie skrzydeł porażkami nie pomagało w tej drodze. Należało się szybko podnieść, wyciągnąć lekcje z upadku i brnąć dalej. To była wspaniałość. Wspaniałość w dążeniu do perfekcji.
I chociaż prawił, że perfekcji nie ma, tak czuł, że właśnie ona biła od Geraldine. Czuł. Jakże naturalnie przychodziło mu to uczucie jak na człowieka, który zawsze z nimi miał problemy. Zawsze musiał je z siebie wysilić, wyrzucić, jakby na siłę próbował nimi zwymiotować. Teraz uczucia po prostu... czuł. Cóż za przyjemne... uczucie.
Ale czy przyjemniejsze, niż pocałunek jaki ich teraz łączył? Nie, zdecydowanie nie. Serce Esmé, chociaż pochłonięte emocjami i pragnieniami, tak było znacznie spokojniejsze, niż to Geraldine. Nie zastanawiał się bardzo nad sytuacją, w której się znaleźli. Nie myślał nad tym czy jego Łowczyni go kocha, pragnie czy może po prostu jest nim zainteresowana albo znudzona wszystkim innym. Nie grało roli to czy był obiektem uczuć, czy jedynie narzędziem lub może inaczej - używką, której Ger chciała zażyć, by odsunąć umysł od bolesnych tematów. Ale chciał, żeby kochała go ponad życie, żeby korzystała z niego jak najczęściej i żeby uzależniła się od niego tak, by bez niego nie mogła funkcjonować. Jednocześnie, zupełnie absurdalnie, nie chciał dla niej tego wszystkiego. Uwielbiał ją, nie chciał by jego osoba jakkolwiek ograniczała jej wspaniałość. Szczerze. Równie szczerze był człowiekiem, który pragnął. Pragnął, by posiadać. By ta wspaniałość była jego. By Bogini Łowów skupiała się tylko i wyłącznie na nim.
Teraz nie myślał też o konsekwencjach. Dlaczego miałby? Byli szczerzy ze sobą. Arogancko uważał, że wie, iż Ger jest wobec niego szczera. Że go nie okłamuje. I poniekąd tak było - poniekąd nie był okłamywany, bo jej pragnienie czuł na własnych ustach. Było prawdziwe, ale czy spowodowane chęcią zapomnienia? Nie miał powodów, aby uważać inaczej. Ufał jej, tak po prostu. Nie wiedząc nawet jak specyficznie się mylił. Sam od początku wykazywał fascynację jej osobą. Nawet wtedy, w jego pracowni, było to już jasne, a teraz było to wręcz oczywiste, chociaż bardziej dostrzegalne w czynach, niż słowach. Jego słowa się nie zmieniły, zaś czyny... te były niby na życzenie. Niby jedynie wedle jej pragnienia - ku zapomnieniu. A jednak Geraldine musiała poczuć, że Esmé brał też dla siebie. Jego pocałunki nie były tylko metodą, aby spełnić jej prośbę, bo było w nich znacznie więcej. Było to też w jego podejściu do całej tej zaistniałej sytuacji. Wielbił ją, a teraz, przede wszystkim, wielbił jej ciało.
Uśmiechnął się krótko, lecz zadziornie, cwaniacko, gdy mówiła o "przypomnieniu". Oh, zdecydowanie. Chętnie będzie przypominał tak często, jak trzeba. Chętnie i częściej. Tak samo chętnie mógłby służyć zapomnieniu. Każdy znajdował w tym coś dla siebie, coś czego potrzebował i pragnął. Złączył ich usta raz jeszcze, teraz zmotywowany jej słowami jeszcze bardziej. Mężczyźni byli prostymi istotami. Nawet jeżeli był to tak skomplikowany człowiek jak Esmé, to koniec końców - opierał się na prostych mechanizmach. Jedynie bardzo poplątanych. Schlebiało mu pożądanie, schlebiało mu oddanie. Chciał być świadom tego, że ktoś go pragnie i chciał cieszyć się widokiem wrażeń, które wywoływał. Nie potrafił się tym nasycić, zresztą tak, jak smakiem ust Geraldine.
Zamarł na moment w bezruchu, kiedy ich palce zostały splecione. Pocałunek, który ich połączył tym razem, był inny. Rowle zmrużył oczy, próbując wyciszyć w sobie tę pierwotną bestię, aby potrafiła również zasmakować tej unikatowej chwili. Tej namiastki wieczności, trwania w momencie, który normalnie był ulotny.
Ale coś w nim drgnęło. Najpierw poruszyło się lekko, by zaraz szarpnąć. Namiętność. Pasja. Tak, pasja. Uczucie, które wypełniało go najczęściej. Uczucie, które znał tak dobrze, a teraz odkrywał z zupełnie innej strony. Słowa były już zbędne, zresztą... nie znał takich słów, które ujęłyby w ramach języka jego emocje. Nie pierwszy raz. Teraz potrafił jedynie czynami przekazywać to, co w nim tkwiło. Prawdziwe uwielbienie. Wręcz fanatyczne uwielbienie, któremu chciał się oddać niczym w jakimś rytuale. Pradawnym i pierwotnym.
Przysunął ją bliżej siebie. Nie musiał być silniejszy, by zwyczajnie być w stanie tego dokonać. Geraldine była wyższa, silniejsza, szybsza, lepiej zbudowana, ale... była też bardzo zgrabna, wysportowana. W jej sylwetce brakowało zbędnych kilogramów, bo te jedynie spowalniałyby ją podczas polowań. Siła Esmé była bardziej niż wystarczająca, by móc trochę nią władać. Władać... na tyle, na ile zostało mu to pozwolone. Zatem przysunął ją bliżej siebie, obejmując ją wciąż jedną ręką na wysokości talii. Drugą dłoń trzymał wciąż splecioną, teraz nawet zaciskając nieco palce, jakby za nic w świecie nie chciał się rozstać z ciałem Ger. W tym samym momencie zaczął nieco na nią napierać, próbując położyć ją na kładce, na której dotychczas siedzieli. Nie rozrywając splotu dłoni, ani pocałunku. Mogła stawiać opór i bez problemu wygrałaby tę mizerną próbę sił... gdyby tylko chciała. A czy chciała?
Jeżeli nie, to Rowle nie tracił ani chwili. Dzień był jeszcze, stosunkowo, młody, ale to nie oznaczało, że powinien zwolnić. Nie dla niego. Chciał więcej, chciał... jej. Nienasycony, spragniony, oszołomiony uwielbieniem. W końcu oderwał się od niej na chwilę, by przyjrzeć się jej lepiej - leżącej na molo, z rozmarzonymi oczyma, głęboko oddychającą, zarumienioną. Chciał odcisnąć ten widok w pamięci, bo wyglądała tak... wspaniale, tak pociągająco. Opadnięte ramiączko jej sukienki, odsłaniające nieco więcej piersi, ale wciąż nie na tyle, by wyobraźnia Esmé musiała przestać pracować. Jej nieco zszargana fryzura i usta zaczerwienione od łapczywych pocałunków. Wymieniać, tak na prawdę, mógł długo. Ale nie miał na to czasu. Uśmiechnął się sam do siebie, napotkawszy myśl, że...
- Jestem prawdziwym szczęściarzem. - mruknął na tyle cicho, że Ger bardziej musiała zgadywać co mówił, niż rzeczywiście byłaby w stanie usłyszeć tę jego nieświadomie wymamrotaną myśl. Mogła nawet nie mieć czasu, by te słowa do niej dotarły, bo zaraz Rowle dopadł do niej znów, tym razem wpił się w jej szyję, zaś jego ręka wędrowała gdzieś w górę łydki, po kolanie, aż przesunęła się delikatnie po udzie, nim zacisnęła na pośladku. Od tego momentu... logika przestała istnieć. Przynajmniej dla rzemieślnika. Podążał jedynie za pragnieniami.Jego dłonie okazywały się coraz śmielsze, odkrywając nowe rejony jej ciała. Usta również teraz rzadziej trafiały na inne usta, ale regularnie do nich wracały jakby... nic nie mogło się im równać. Ubrania zaczynały znikać - najpierw z niego, bo koszula została szybko zrzucona i rzucona na bok. Rozległa blizna na plecach nie miała teraz znaczenia. Nawet o niej nie pomyślał, zapominając zupełnie o wszelakiej krzywdzie, jaką zaznał. A to on miał pomagać w zapomnieniu. Ironiczne, bo to właśnie on zapominał. O krzywdzie, ale przede wszystkim - o pustce jaka w nim tkwiła.
Kolejna była sukienka, bo bielizny... jakże wygodnie, ale Ger nie nosiła. Mało ekspresywna twarz Esmé teraz wydawała się błyszczeć czystą przyjemnością i satysfakcją. Rozmiłowaniem w tym, co robił i czego był świadkiem. Uwielbieniem tak dla niej, jak i dla tego wszystkiego, co tutaj się działo. To zabawne, że aktualnie oddawali się sobie tak, jak pewnie byłoby to w wyobraźni ludzi, gdy dowiedzieliby się, że ta dwójka wybrała się na wczasy razem. A przecież nic takiego nie było w planach, o niczym takim Rowle nie myślał. Ekhem, no dobra, myślał, ale nie zamierzał. A teraz? Teraz pewnie spełniały się najśmielsze wyobrażenia ludzi, którzy podejrzewaliby ich mały wyjazd jako pretekst na namiętny romans.
Rzemieślnik z krwi i kości. Ze Skóry i Kości, chciałoby się rzec. Esmé nawet w akcie pożądania starał się, dawał z siebie wszystko, ale też dążył do tego, by samemu być zadowolonym. Składał pocałunki raz za razem na jej ciele, pieścił je ustami i nie tylko. Miał też swoje cele, które jeszcze chwile temu były abstrakcją, a teraz... mógł je spełniać. Jego obnażona Bogini Łowów prezentowała się... iście bosko, nie kryjąc teraz przed nim żadnych sekretów i nie pozostawiając wyobraźni wielkiego pola do popisu. Nic nie szkodziło. Mężczyzna z zaskakującym skupieniem odkrywał na jej ciele blizny, nawet najdrobniejsze, najbardziej błahe i niewidoczne, by zaraz je dotknąć i ucałować - tak, jak pragnął tego już wcześniej. I dokonał swego, żadna blizna, którą dane mu było ujrzeć, nie pozostała bez pocałunku. Każdą jedną starał się załagodzić, ale nie usunąć. Nie chciał nawet usuwać cierpienia, jakie za sobą niosły. Przecież... nic nie uczyło tak, jak cierpienie, prawda? Pozbawienie ich Geraldine wystawiało ją na ryzyko powtórzenia błędów, a tego Esmé bardzo, ale to bardzo nie chciał. Nie chciał dla niej niczego, co miałoby ją zasmucić. Niczego, co mogłoby ją wprowadzić w zły nastrój. Teraz był gotów ugasić słońce, które chociażby ją raziło i zniszczyć księżyc, jeżeliby nie dawał jej spać. Gotów był... umrzeć, byleby była szczęśliwa. Byleby zrozumiała to, jak wspaniała była. I jak bardzo ją wielbił.
Czy to była miłość?
Oby, oby nie. Esmé chciał kochać świadomie, a to co teraz tutaj działo się... było ponad jego świadomość. Fanatyczne oddanie i zatracenie dla niej, dla najwspanialszej, dla najpiękniejszej, dla najmądrzejszej, dla Geraldine. Dla jego Bogini Łowów.
Czy mieli świadków? Nawet jeżeli, to Rowle nie zauważyłby ich. Nie potrafił się nacieszyć Gerry, chociaż teraz nabrał w tym... ładu. Mniej było uczucia zaślepienia podążaniem za pragnieniem, a więcej metodyki. Jego usta pieściły nieprzypadkowe miejsca, tak samo dłonie. Jego ruchy były nastawione na to, by Ona poczuła się lepiej. By razem było im lepiej. Z iście profesjonalnym skupieniem, ale też zamiłowaniem. Z pasją, jakby oddawał się kaletnictwu, a nie uprawiał seks. Bo seks, dla niego, również był rzemiosłem. Również wkładał w to pasję, wkładał w to swoją duszę i uczucia, które potrafił w sobie wykrzesać. Teraz nie musiał robić tego na siłę. Starał się, by efekty jego starań były jak najznakomitsze, by Ger oddychała głębiej, wydawała z siebie głośniejsze jęki, by zaciskała palce na jego skórze bardziej, mocniej.
Namiętność i pasja. Krócej nie dało się tego opisać, chociaż należało dodać do tego totalne zatracenie. W przyjemności, w uczuciach, w tej chwili. Jednak w końcu Esmé zaczął osiągać swe proste, ludzkie limity. Męskie limity. Najpierw władzy nad sobą, by zacząć być w końcu nieco... gwałtowniejszy. Impulsywniejszy. Chcąc więcej i więcej dla siebie, i dla niej. Chcąc to osiągnąć w prostsze, a silniejsze sposoby.
Aż w końcu nastała cisza, przerywana jego głośnym oddechem. Koniec końców - miał gorszą kondycję od niej, a starał się teraz... za wszystkie czasy. Za wszystkie czasy, odkąd jego serce wypełniała pustka. Ostatni raz zaznał tej przyjemności, niewymuszonej, ponad 4 lata temu. To był ostatni raz kiedy kochał się z kobietą z prawdziwego uczucia, a nie dla uczucia. Z westchnięciem ułożył się na plecach, na molo. Nagi. Nie odzywał się, ale na jego twarzy widniał uśmiech, który jedynie się poszerzał, gdy emocje stygły, a on bardziej świadomie uwielbiał Ger, niż kilka chwil temu, zatracony w pożądaniu.
Modlitwa została zakończona, ale czy Bogini ją zignorowała, czy jej zaimponowała? Istotne i... nie. Osiągnął swoje. Pokazał to, jak wspaniała była dla niego. Jak bardzo ubóstwiał jej osobę. Nagle prychnął, rozbawiony czymś, przekręcił głowę na bok, by spojrzeć na Gerry.
- To co, mogę liczyć na jakieś materiały ekstra? - durny żart, który bagatelizował całą zaistniałą sytuację. Ale bardzo go bawiło to, że przecież jeszcze... trochę temu naprawdę łączyła ich tylko sympatia i interesy. Aż ciężko mu było podejrzewać samego siebie, że uprawiał z nią seks. Było to w jakiś sposób ciężkie do uwierzenia. A jednak było prawdą. Jednak stały za tym uczucia. Żaden interes, żadna korzyść oprócz tej mentalnej. Nie pamiętał ostatniego razu kiedy czuł się tak szczęśliwy. Podniósł się do siadu i sięgnął po butelkę piwa, którą wcześniej omal nie zrzucili do wody. Pociągnął z niej kilka porządnych łyków, właściwie niemalże opróżniając zawartość. Skrzywił się lekko i odstawił szkło na bok. - Ciepłe. - i prawie wygazowane. Rzucił to słowo, spoglądając na Łowczynię i automatycznie, niczym uruchomiłby się w nim jakiś mechanizm na jej widok lub zostało na niego rzucone zaklęcie - zaczął się uśmiechać. Nie mógł się powstrzymać, by jego ręce nie przesunęły się po jej ciele raz jeszcze i by jego usta nie dotknęły kilku punktów, nim w końcu pocałował ją jeszcze raz - długo i namiętnie.- Nawet nie wyobrażasz sobie jak wiele dla mnie znaczysz. - szepnął, opierając czoło na jej barku, pozwalając sobie na chwilę... delikatności i bycia wrażliwym. Bycia nieco bardziej wrażliwym oraz otwartym, niż zazwyczaj. - Naprawdę. - mruknął. Bo wcale nie musiał jej kochać, by była dla niego najważniejsza na świecie. Wystarczyło, że wywoływała w nim tyle emocji, że potrafił zaznać tego wszystkiego tak łatwo, tak naturalnie. Jakby wcale nie był zniszczonym człowiekiem, jakby wcale ta pustka w nim nie istniała. Jakby nie doznał przez okrutny Los żadnych krzywd. Było warto. Nawet jeżeli to wszystko miało zaraz okazać się jednorazowym wydarzeniem, które już nigdy, przenigdy się nie powtórzy chociażby w delikatnym stopniu, to było warto. Jeszcze chwilę tkwił tak w bezruchu, obejmując ją, nieśmiało wtulając się w nią, próbując zaznać tego ciepła tak dużo, jak mógł. Tak, jakby zaraz to miało się skończyć. Tak, jakby jego bilet na szczęście wygasał za kilka sekund. Ostatnie rozkosze.