Do tej pory, do tego dnia, Cain trzymał dystans, nie spoufalał się zanadto, chociaż zdarzało mu się ją dotknąć. Dotyk ten nigdy nie był jednak dlugi, ani tym bardziej czuły – w przeciwieństwie do dzisiaj. Cain miał rację, że to pomagało. Uspokajało ją, bo te myśli, że miałby zniknąć, nawet jeśli tylko na kilka minut, wyciszały się pod jego dotykiem, będącym jak zapewnienie, że jest tutaj i donikąd się nie wybiera. Nie chciałaby tu być z nikim innym, tylko z nim. Odetchnęła cicho, z ulgą. Tak, na pewno poprawiłoby jej samopoczucie, gdyby byli tu nierozłączni, gdyby ciągle mogła go dotykać i czuć dzięki temu, że jest obok – ale byli w pracy i utrudniałoby to zadanie. Do dzisiaj nie sądziła, że Caina w ogóle obchodziła jakoś bardzo, że zauważył ile rzeczy zwaliło się na jej głowę w jednym czasie i jak bardzo musiała być tym przygnieciona; że pakowała się w jakieś ryzykowne akcje, jakby nic więcej nie miało już większego znaczenia, bo nie miała już nic do stracenia. Ale Cain przecież to wszystko dostrzegał. Był doskonałym obserwatorem, któremu nic nie umykało, nawet te drobne sygnały, małe przekazy, tiki… Był idealny, bo mógł się cofnąć do wspomnienia i przeanalizować je z każdej strony gdy tylko chciał – pamięć absolutna w takich przypadkach była nieodzownym atutem, bo nawet jeśli cos ci umknęło w danej chwili, to mogłeś zwrócić na to uwagę za moment. Bletchley nigdy by jednak nie użył tego wszystkiego przeciwko niej, prawda? Wiedziała, że może mu ufać swym życiem, tak jak on mógł ufać jej. Nic innego nie miało teraz znaczenia, bo on był obok. Żadne smutki, żadne żale, żaden ból czy strach – on był teraz całym jej światem, idealnym dopełnieniem. Razem ze wszystkim sobie na pewno poradzą.
– Och. Dobrze, dobrze – mruknęła i kiwnęła głową. Głupia – sądziła, że on już teraz chciał się stąd ewakuować, gdy absolutnie nic nie mieli. Jak mogła w niego wątpić? Przecież te oczy, ten uśmiech – nie zwiódłby jej. Nigdy by jej nie zostawił. – Wiem, czuję – wiedziała, że się mył. Na ich biurkach panował chyba największy porządek w biurze aurorów, Cain nie przychodził uflejony do pracy, ręce mył często – przez te trzy miesiące zdążyła takie rzeczy zauważyć. Tak jak on zauważał takie względem niej. I tak, wiedziała, że powiedział to dla rozładowania napięcia i że to był tylko żarcik, ale ona postanowiła na tę figurę retoryczną odpowiedzieć w swoim stylu. – Muffinka – burknęła do tego, dorzucając warunki wygranej. Co prawda nie wiedziała o wygraną w czym właściwie chodzi, ale nie miało to większego znaczenia. – Nowym partnerem? Z przyjemnością znoszę cię od trzech miesięcy – lubiła te leciutkie pogaduszki przy poważnej pracy, tak jak teraz, gdy Cain ewidentnie próbował poprawić jej humor, skoro już trafili w środku nocy i grubo ponad swoją zmianę, na jakieś wypizdowo górne. Gdy ten klepnął ją w tyłek, ona wyciągnęła ręce do tyłu, chcąc go pochwycić i tym razem to ona go pociągnęła za sobą, samej się nie zatrzymując. Jak dzieci, naprawdę… Może powinna się na to oburzyć, ale nie, bo to był on. – Proponuję… Cofnąć się do jego domku i popatrzeć który kawałek lasu stamtąd widać. I zacząć szukać właśnie tam. Skoro widział trupy na skraju lasu… Znaczy nie wiem, czy widział je ze swojego domku, ale jakiś punkt wyjścia musimy mieć – tak prędko go puścić jednak nie zamierzała.