14.04.2024, 04:29 ✶
Piątek trzynastego jeszcze nie kojarzył mu się z niczym złym. A zdecydowanie nie kojarzył mu się z żadnym złym fatum. Na razie jego piątek trzynastego był po prostu bardzo zabiegany do tego stopnia, że Basilius nawet nie zorientował się, że dzisiaj był piątek trzynastego.
Zamieszanie było większe, niż zwykle. Dopiero co pożegnał się z dość skomplikowanym przypadkiem, gdy nagle dowiedział się, że kolejny będzie znacznie pilniejszy, a tak poza tym, to w całym Mungu panuje lekki chaos.
Nic niespotykanego, chociaż żałował, że działo się to akurat w piątkowy wieczór, gdy jeszcze chwile temu myślał, że wkrótce będzie mógł iść do domu i odpocząć.
A potem w jego drzwiach stanęła Brenna. Znowu.
– Hej – rzucił, szybko do niej podchodząc, by ocenić szkody. Od razu wiedział, że coś było mocno nie tak. Nawet nie dlatego, że jej skóra była w niektórych miejscach zielona, a dlatego, że Brenna nie wydawała się być, aż tak wariacko zadowolona z życia, jak zazwyczaj. Poza tym myślał, że to on prezentował się dzisiaj blado i zmęczenie po dość zabieganym tygodniu, ale przy Brennie wyglądał, jak prawdziwy okaz zdrowia. A to już naprawdę nie było dobrym znakiem. To i gnijące ręce. Oczywiście, że gniły jej ręce, bo wpadła do dziwnej wody. Nie mogła przyjść do niego chociaż raz z jakimś normalnym przypadkiem?
– Nie martw się. Zaraz się tym zajmiemy. I postaramy się, by nie trzeba było używać tamtego eliskriu – zapewnił ją, starając się zachować profesjonalny, chociaż sympatyczny głos – idealna oznaka tego, że uważał ten przypadek za naprawdę martwiący. Jednocześnie szybko poprowadził ją do dobrze jej już znanej kozetki, by usiadła.
– Boli cię? Dostałaś już coś na poprzednim oddziale? Jesteś w stanie nimi normalnie ruszać? Jak bardzo się rozprzestrzeniło? – pytał, jednocześnie zakładając na dłonie w ramach ochrony rękawiczki, bo wolałby uniknąć sytuacji, w której i jemu zacznie gnić skóra. – To jest tylko na rękach, czy gdzieś jeszcze? Podwinę teraz rękawy
– Um... Niech się pani nie martwi. Klinika Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga radzi sobie z gorszymi przypadkami już od przełomu XVI i XVII wieku. Zapewniam panią, że wróci pani do formy raz dwa, że hej!
Basilius oderwał się od przyglądania się ranom i spojrzał bardzo zaskoczony na źródło głosu, o którym na chwilę zapomniał, zbyt skupiony na pacjentce. A no tak. Był tu jeszcze Octavian.
– Brenno proszę poznaj Octaviana. Studenta – wyjaśnił, wpatrując się w młodszego czarodzieja, jakby zwariował.
Octavian był całkiem zdolnym studentem, który wkrótce miał wybierać swoją specjalizację, a w gabinecie Prewetta znalazł się dzisiaj, głównie dlatego, że inna magimedyczka, pod której okiem miał się tego dnia szkolić, musiała coś załatwić i poprosiła Basiliusa, by przygarnął go na godzinę, czy dwie. Basilius nie miał nic przeciwko temu. Octavian wydawał się być niegłupi. To znaczy wydawał się być niegłupi do tego momentu, bo nagle, z jakiegoś powodu, z rozumnego przyszłego magimedyka, chłopak zmienił się w niepewną wycofaną sylwetkę gadająca coś o historii Munga.
Zamieszanie było większe, niż zwykle. Dopiero co pożegnał się z dość skomplikowanym przypadkiem, gdy nagle dowiedział się, że kolejny będzie znacznie pilniejszy, a tak poza tym, to w całym Mungu panuje lekki chaos.
Nic niespotykanego, chociaż żałował, że działo się to akurat w piątkowy wieczór, gdy jeszcze chwile temu myślał, że wkrótce będzie mógł iść do domu i odpocząć.
A potem w jego drzwiach stanęła Brenna. Znowu.
– Hej – rzucił, szybko do niej podchodząc, by ocenić szkody. Od razu wiedział, że coś było mocno nie tak. Nawet nie dlatego, że jej skóra była w niektórych miejscach zielona, a dlatego, że Brenna nie wydawała się być, aż tak wariacko zadowolona z życia, jak zazwyczaj. Poza tym myślał, że to on prezentował się dzisiaj blado i zmęczenie po dość zabieganym tygodniu, ale przy Brennie wyglądał, jak prawdziwy okaz zdrowia. A to już naprawdę nie było dobrym znakiem. To i gnijące ręce. Oczywiście, że gniły jej ręce, bo wpadła do dziwnej wody. Nie mogła przyjść do niego chociaż raz z jakimś normalnym przypadkiem?
– Nie martw się. Zaraz się tym zajmiemy. I postaramy się, by nie trzeba było używać tamtego eliskriu – zapewnił ją, starając się zachować profesjonalny, chociaż sympatyczny głos – idealna oznaka tego, że uważał ten przypadek za naprawdę martwiący. Jednocześnie szybko poprowadził ją do dobrze jej już znanej kozetki, by usiadła.
– Boli cię? Dostałaś już coś na poprzednim oddziale? Jesteś w stanie nimi normalnie ruszać? Jak bardzo się rozprzestrzeniło? – pytał, jednocześnie zakładając na dłonie w ramach ochrony rękawiczki, bo wolałby uniknąć sytuacji, w której i jemu zacznie gnić skóra. – To jest tylko na rękach, czy gdzieś jeszcze? Podwinę teraz rękawy
– Um... Niech się pani nie martwi. Klinika Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga radzi sobie z gorszymi przypadkami już od przełomu XVI i XVII wieku. Zapewniam panią, że wróci pani do formy raz dwa, że hej!
Basilius oderwał się od przyglądania się ranom i spojrzał bardzo zaskoczony na źródło głosu, o którym na chwilę zapomniał, zbyt skupiony na pacjentce. A no tak. Był tu jeszcze Octavian.
– Brenno proszę poznaj Octaviana. Studenta – wyjaśnił, wpatrując się w młodszego czarodzieja, jakby zwariował.
Octavian był całkiem zdolnym studentem, który wkrótce miał wybierać swoją specjalizację, a w gabinecie Prewetta znalazł się dzisiaj, głównie dlatego, że inna magimedyczka, pod której okiem miał się tego dnia szkolić, musiała coś załatwić i poprosiła Basiliusa, by przygarnął go na godzinę, czy dwie. Basilius nie miał nic przeciwko temu. Octavian wydawał się być niegłupi. To znaczy wydawał się być niegłupi do tego momentu, bo nagle, z jakiegoś powodu, z rozumnego przyszłego magimedyka, chłopak zmienił się w niepewną wycofaną sylwetkę gadająca coś o historii Munga.