Boski Prometeuszu, który przyniosłeś ludzkości ogień i wyznaczyłeś część ofiarną dla Bogów, Ty, którego skazano na codzienną torturę na skałach górskich, wejrzyj we mnie, ześlij na mnie deszcz krwi z Twojej rany po wątrobie i Twoich łez, obmyj mnie ze strachu, który jest Twoim udziałem.
To, że się źle czuł, to mało powiedziane, ale posłał Neilowi bardzo smutny, ale wdzięczny uśmiech. Wyglądało to niemalże na natychmiastową karmę, po tym jak bez większego ostrzeżenia, ledwie jedno zdanie uwagi, że Neil mógł nie patrzeć, nim zniszczył magiczną marionetkę. Morpheus przełknął ślinę.
Mentor. Zabawne. Gdyby miał rzeczywiście mentorować Neilowi, życie tamtego zmieniłoby się gwałtownie. Inny ubiór, więcej wymagań i koniec czułych gestów. Longbottom nie czynił awansów do swoich podopiecznych, nigdy w trakcie nauki i protektoratu, nawet jeśli częstą praktyką wśród jego podobnym było wykorzystywanie władzy nad asystentami. Miał standardy. Wobec innych i wobec siebie.
— Tylko się nie spieszcie — burknął pod nosem, patrząc na piasek w klepsydrze. Wyraźnie nie patrzył w dół, trwając jak słup soli w swoim miejscu. Kropelka potu spłynęła mu po karku, ukryty pod kadzidlanymi perfumami strach musiał być jednak wyczuwalny dla wiedźmy, która chuchała mu na kark. Nie bał się jej, o nie. Bał się jednak wysokości, braku barierek. Serce biło mi szybko w piersi.
Mojry uwielbiały czynić mu żarty, szydełkować i haftować gobelin jego życia w taki sposób, aby wydobywać strachy jego życia na wierzch. Ten wcześniej też miał uderzyć w niego, czuł to. Głos ojca, jego ojca na samym końcu. Teraz wysokość.
Zmrużył oczy i wbił ciężkie, niemrugające spojrzenie w cylidner Anthonego. I czekał na zagadkę.