14.04.2024, 16:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2024, 16:06 przez Basilius Prewett.)
– Zależy od przypadku – odpowiedział szczerze. – Gnicie zazwyczaj jest mniej problematyczne. – Zmarszczył brwi, samemu słysząc, jak to głupio zabrzmiało. – Chodziło mi o to, że uzdrowiciel może łatwiej kontrolować co sie dzieje. – A nie zdawać się na pacjenta, który mógł zapewniać wszystkich, że nie widzi już niczego dziwnego, gdy tak naprawdę wszędzie widział owce.
– Dziękuję. Pani też – wymamrotał Octavian, a Basilius nie miał serca odzywać się i wytykać studentowi, że to co właśnie powiedział nie miało najmniejszego sensu. Z drugiej strony Brenna na lekach też nie gadała szczególnie składnie, więc może nie zorientowała się, jak dziwne było zachowanie przyszłego magimedyka.
W odpowiedzi na jej kolejne stwierdzenie Basilius jedynie wysoko uniósł jedną brew, jakby chciał powiedzieć Naprawdę? Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że się tak nie zachowujesz?, ale jakieś resztki profesjonalizmu nie chciały mu na to pozwolić. A potem na wszelki wypadek sprawdził, czy nie miała gorączki. Na całe szczęście jedynie gniła. Jedynie i aż.
– Octavian... – zaczął, wciąż cicho, zerkając na zaaferowanego studenta, który właśnie wybierał eliksiry. – Chodziło mu o to, że rzeczywiście zaklęta zielona woda to dość niespotykany przypadek. Ale umiemy cofnąć gnicie. Przykro mi, ale tutaj akurat nie jesteś, aż tak wyjątkowa – I bardzo liczył na to, że tak zostanie i nie okaże się zaraz, że jej urazy były jeszcze mniej przyjemne, niż zakładał. Bo nawet jeśli czarodzieje gnili już wcześniej, to gnijące ślady Brenny i tak wyglądały gorzej, niż wiele innych przypadków. – I nie musisz robić żadnego wywiadu. Chyba, że chcesz zająć czymś myśli, to możesz się nad tym zastanawiać. Albo nad czymś innym. Twój wybór.
Na całe szczęście zaklęcie rozpraszające podziałało, a przynajmniej nie sprawiało wrażenia, jakby nie chciało działać. W tym samym czasie Octavian ustawił na stoliczku przed nimi cały rząd potrzebnych eliksirów.
– Smacznego – rzucił student, wpatrując się dziwnym spojrzeniem w zielone plamy na skórze Brenny.
– Dziękuję Octavianie – Prewett chwycił przezroczysty eliksir o silnym różanym zapachu i ostrożnie zaczął nim polewać przegniłą skórę, a potem dotarło do niego, co tak właściwie Octavian powiedział. – Brenno nie pij niczego stąd, chyba że cię poproszę – Lepiej było ostrzec, niż potem szybko lecieć po kogoś, kto specjalizował się w zatruciach eliksirami. Nie wiedział w końcu na ile Brenna kontaktowała, a na ile leki przejęły nad nią władzę.
– Ale wie pani co? Ten zielony... – wymamrotał Octavian, po tym, gdy Basilius poprosił go, by oczyścił innym specyfikiem kolana ich pacjentki. – Przynajmniej ten zielony wydaje się być twarzowy.
Basilius niemal nie przejechał sobie dłonią pontwarzy w geście załamania. Nie było najmniejszej szansy, by w tym zielonym mogło być komukolwiek do twarzy. Brenna mogłaby być nawet królową zielonych strojów, ale plamy przybrały na tyle paskudny odcień tego kolory, że chyba tylko daltonista mógłby go uznać za ładny. Zerknął na Octaviana. Czy jemu się wydawało, czy student zrobił się nagle bledszy?
– Dziękuję. Pani też – wymamrotał Octavian, a Basilius nie miał serca odzywać się i wytykać studentowi, że to co właśnie powiedział nie miało najmniejszego sensu. Z drugiej strony Brenna na lekach też nie gadała szczególnie składnie, więc może nie zorientowała się, jak dziwne było zachowanie przyszłego magimedyka.
W odpowiedzi na jej kolejne stwierdzenie Basilius jedynie wysoko uniósł jedną brew, jakby chciał powiedzieć Naprawdę? Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że się tak nie zachowujesz?, ale jakieś resztki profesjonalizmu nie chciały mu na to pozwolić. A potem na wszelki wypadek sprawdził, czy nie miała gorączki. Na całe szczęście jedynie gniła. Jedynie i aż.
– Octavian... – zaczął, wciąż cicho, zerkając na zaaferowanego studenta, który właśnie wybierał eliksiry. – Chodziło mu o to, że rzeczywiście zaklęta zielona woda to dość niespotykany przypadek. Ale umiemy cofnąć gnicie. Przykro mi, ale tutaj akurat nie jesteś, aż tak wyjątkowa – I bardzo liczył na to, że tak zostanie i nie okaże się zaraz, że jej urazy były jeszcze mniej przyjemne, niż zakładał. Bo nawet jeśli czarodzieje gnili już wcześniej, to gnijące ślady Brenny i tak wyglądały gorzej, niż wiele innych przypadków. – I nie musisz robić żadnego wywiadu. Chyba, że chcesz zająć czymś myśli, to możesz się nad tym zastanawiać. Albo nad czymś innym. Twój wybór.
Na całe szczęście zaklęcie rozpraszające podziałało, a przynajmniej nie sprawiało wrażenia, jakby nie chciało działać. W tym samym czasie Octavian ustawił na stoliczku przed nimi cały rząd potrzebnych eliksirów.
– Smacznego – rzucił student, wpatrując się dziwnym spojrzeniem w zielone plamy na skórze Brenny.
– Dziękuję Octavianie – Prewett chwycił przezroczysty eliksir o silnym różanym zapachu i ostrożnie zaczął nim polewać przegniłą skórę, a potem dotarło do niego, co tak właściwie Octavian powiedział. – Brenno nie pij niczego stąd, chyba że cię poproszę – Lepiej było ostrzec, niż potem szybko lecieć po kogoś, kto specjalizował się w zatruciach eliksirami. Nie wiedział w końcu na ile Brenna kontaktowała, a na ile leki przejęły nad nią władzę.
– Ale wie pani co? Ten zielony... – wymamrotał Octavian, po tym, gdy Basilius poprosił go, by oczyścił innym specyfikiem kolana ich pacjentki. – Przynajmniej ten zielony wydaje się być twarzowy.
Basilius niemal nie przejechał sobie dłonią pontwarzy w geście załamania. Nie było najmniejszej szansy, by w tym zielonym mogło być komukolwiek do twarzy. Brenna mogłaby być nawet królową zielonych strojów, ale plamy przybrały na tyle paskudny odcień tego kolory, że chyba tylko daltonista mógłby go uznać za ładny. Zerknął na Octaviana. Czy jemu się wydawało, czy student zrobił się nagle bledszy?