Naiwnym było wciąż przekonywać samego siebie, że ciążące na duszy emocje płynęły z nienawiści, kiedy krótkie całusy na rozgrzanej twarzy wywoływały w nim tak silne reakcje. Flynn płonął. Nie pożądaniem, nie miał już kompletnie siły na tego typu bliskość, a oczy powoli zamykały mu się mimo woli - jedynie jego dusza zmuszała je do bycia na wpół otwartymi na przekór prośbom całego ciała, żeby wreszcie odpłynąć w niebyt. To wszystko było okrutne - tak łatwo oddawał się dotykowi kogoś, kogo nie powinien chcieć, a każde muśnięcie rozpadające go w taki sposób przykrył samodzielnie tak silną warstwą fizycznego bólu. Cierpiał na kilku poziomach jednocześnie. Zdezorientowany, coraz mocniej rozgniewany, nie potrafił zaakceptować prawdy, że łatwo było go kochać. Wielu zakochało się w nim momentalnie, sprzedało mu się za nic, może chwilę uciechy. On po dopuszczeniu się tego wszystkiego, co zaprowadziło go do tego łóżka, skupiał się na trudach - na strachu przed tym, co będzie jutro, na jakie ciosach zadawał ludziom, na których tak bardzo mu zależało. Nie zasłużyli sobie na to - robili przecież co tylko mogli, żeby widzieć jak jest szczęśliwy, podziwiać go z daleka. Czym im się za to odwdzięczył? Trzy oddechy. Przy pierwszym myślał, jak mocno ich kocha, przy drugim siedział w swoim mieszkaniu na Ścieżkach, przy trzecim pakował język do ust Prewetta. Przy czwartym przychodziła refleksja, ale było na nią za późno - jego życie zatrzymało albo skończyło się przy trzecim.
- Przez moment chciałem zapytać, dlaczego w takim razie nie pozwoliłeś mi utonąć - kto niby tęskniłby z czarnym charakterem jakiejś historii, nawet jeżeli na jego oczach porwał go nurt wody - ale wydaje mi się, że w jakimś sensie pozwoliłeś. - Pozwolił mu utopić się w kałuży z wyrzutów sumienia. W tych śledzących jego ruchy tęczówkach. W zakrwawionej, przepoconej pościeli, w której odbijało się sztuczne, nocne niebo. Nie miał pojęcia, czym była ta głębia. W ogóle go nie rozumiał. Poetyckie wypowiedzi normalnie nie stanowiły przeszkody w komunikacji, nawet jeżeli nie potrafił odwdzięczyć się czymś równie wyszukanym, ale dzisiaj... Tu i teraz... To, co powiedział, stanowiło szczyt jego możliwości. Jeszcze chwila i zacznie bełkotać.
Objął go jedną ręką, upewniając się, że blondyn nie zniknie nagle. Drugą przycisnął do zadanej sobie rany. Chciałby mieć ich więcej. Dawało to przecież więcej możliwości badania delikatnego ciała znajdującego się obok.
- Jebać pustkę i chłód morza. Jesteśmy tutaj. Udało mi się ogrzać ci nogi lepiej od twojego pieska? - Zapytał jeszcze, przymilając się do ręki Laurenta. - Czy muszę zrobić coś jeszcze, żeby zająć jego miejsce? - Żeby... Być twoim. Nie potrafił powiedzieć tego na głos, bo kiedy wyprało się to z obleśnych żartów, brzmiało zbyt realnie. Być jego. Być na zawołanie dziwki ubranej w te jasnoszare kubraczki i myślącej, że jest kimś więcej niż rzeczywistości. Dziwki, którą pocałował raz jeszcze - tym razem zachłannie - nie do rytmu delikatnych przesunięć palców wzdłuż własnej twarzy. Nieprzyzwoicie, ale już bez charakterystycznej dla siebie siły. - Potrzebujesz listu motywacyjnego? Mam mieszane referencje, ale opiaty też takie mają. - I tak dobrze podsumowywały ciężar życia z kimś takim jak Edge. Wynoszenie innych do stanu euforii, żeby później pozwolić spaść komuś na sam dół. Nim się zorientowałeś, byłeś od niego tak uzależniony, że zobojętniałeś na własne cierpienie. Jakiego Flynna dzisiaj dostaniesz? W jakiego zmieni się, kiedy coś pójdzie nie po jego myśli? Tego cichego odludka, czy głośnego agresora? Zechce cię objąć czy skrzywdzić? Żadna różnica. Liczyło się przecież to, że żył i mogłeś go skosztować. Prędzej czy później znowu przypomni ci, jak dobrze może smakować zwykłe powietrze. Taka miłość bolała, pozostawiała cię zrujnowanym, ale pozwalała też wielokrotnie rodzić się na nowo.
- Przez moment chciałem zapytać, dlaczego w takim razie nie pozwoliłeś mi utonąć - kto niby tęskniłby z czarnym charakterem jakiejś historii, nawet jeżeli na jego oczach porwał go nurt wody - ale wydaje mi się, że w jakimś sensie pozwoliłeś. - Pozwolił mu utopić się w kałuży z wyrzutów sumienia. W tych śledzących jego ruchy tęczówkach. W zakrwawionej, przepoconej pościeli, w której odbijało się sztuczne, nocne niebo. Nie miał pojęcia, czym była ta głębia. W ogóle go nie rozumiał. Poetyckie wypowiedzi normalnie nie stanowiły przeszkody w komunikacji, nawet jeżeli nie potrafił odwdzięczyć się czymś równie wyszukanym, ale dzisiaj... Tu i teraz... To, co powiedział, stanowiło szczyt jego możliwości. Jeszcze chwila i zacznie bełkotać.
Objął go jedną ręką, upewniając się, że blondyn nie zniknie nagle. Drugą przycisnął do zadanej sobie rany. Chciałby mieć ich więcej. Dawało to przecież więcej możliwości badania delikatnego ciała znajdującego się obok.
- Jebać pustkę i chłód morza. Jesteśmy tutaj. Udało mi się ogrzać ci nogi lepiej od twojego pieska? - Zapytał jeszcze, przymilając się do ręki Laurenta. - Czy muszę zrobić coś jeszcze, żeby zająć jego miejsce? - Żeby... Być twoim. Nie potrafił powiedzieć tego na głos, bo kiedy wyprało się to z obleśnych żartów, brzmiało zbyt realnie. Być jego. Być na zawołanie dziwki ubranej w te jasnoszare kubraczki i myślącej, że jest kimś więcej niż rzeczywistości. Dziwki, którą pocałował raz jeszcze - tym razem zachłannie - nie do rytmu delikatnych przesunięć palców wzdłuż własnej twarzy. Nieprzyzwoicie, ale już bez charakterystycznej dla siebie siły. - Potrzebujesz listu motywacyjnego? Mam mieszane referencje, ale opiaty też takie mają. - I tak dobrze podsumowywały ciężar życia z kimś takim jak Edge. Wynoszenie innych do stanu euforii, żeby później pozwolić spaść komuś na sam dół. Nim się zorientowałeś, byłeś od niego tak uzależniony, że zobojętniałeś na własne cierpienie. Jakiego Flynna dzisiaj dostaniesz? W jakiego zmieni się, kiedy coś pójdzie nie po jego myśli? Tego cichego odludka, czy głośnego agresora? Zechce cię objąć czy skrzywdzić? Żadna różnica. Liczyło się przecież to, że żył i mogłeś go skosztować. Prędzej czy później znowu przypomni ci, jak dobrze może smakować zwykłe powietrze. Taka miłość bolała, pozostawiała cię zrujnowanym, ale pozwalała też wielokrotnie rodzić się na nowo.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.