16.12.2022, 22:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2022, 22:25 przez Castiel Flint.)
Strach jest taki ludzki ale nigdy nie doświadczył go o takim natężeniu. Nie wiedział czego tak dokładnie się bał. Prawdopodobnie swojej reakcji i tego, co poczuł. Nie spodziewał się tego po sobie a skoro dał się sobie tak zaskoczyć to czy mógł sobie jeszcze ufać? Spanikował bo pierwszy raz w życiu nie mogła go ocalić ani magia ani rozsądek. Chciał schować się w okowach wody, zamknąć oczy i pozwolić jej łaskotać nagrzaną skórę, dryfując na wznak przez morza i oceany. Zdać się na los, zaufać żywiołowi i pozwolić aby to on decydował. Rozsądek mówił, że zachowali się bardzo źle. Zrobili coś skrajnie negatywnego za co można stracić nie tylko pracę ale i rodzinę. Z drugiej strony sygnały płynące z ciała mówiły, że to co najbardziej zakazane jest właściwie najmocniej pociągające. Nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy bo był w tej sytuacji pierwszy raz. Teraz się bał i uciekał, chował. Nie umiał znaleźć w sobie odwagi o którą należy podejrzewać następcę głowy rodu. Ten dotyk… to było jak odkrycie nowego koloru, nowego kontynentu, wyspy, czaru, genetyki, niesamowicie skomplikowanej klątwy, która aż prosiła się o rozpracowanie, badania, analizy, wnioski… to go przyciągało, dlatego gdy tylko zaczął podtapiać Fergusa to uzmysłowił sobie, że nie chce go zabić a schować przed światem. Tylko woda jest w stanie zachować dla siebie myśli, słowa i gesty. Tylko w jej odmętach mógł sprawdzić jak bardzo pociąga go ta ciepła temperatura męskich ust. Niestety, ale dosyć solidnie, na tyle, że uciekł. Łapczywie łapał oddech, chował twarz w dłoniach i starał się odzyskać rezon. Nic się właściwie takiego nie stało, prawda? To mógł być przypadek. Zaćmienie myśli. Może ktoś rzucił na nich czar. Może… nawdychali się czegoś. O Merlinie, jak on próbował wmówić sobie kłamstwo. Ciemność i cisza pod przewróconą szalupą uspokoiła panikę. Nauczył się od nowa oddychać. Dostał gęsiej skórki kiedy Fergus zapukał z drugiej strony łódki. Nie widział go ale wiedział, że był blisko. Słyszał wyraźnie choć dzieliła ich ściana szalupy. Dopadło go głębokie zmęczenie. Oparł czoło o śliskie drewno, zapewne po drugiej stronie znajdowała się głowa Fergusa. Jego zbolały głos zdradzał, że czuł coś podobnego - ten lodowaty strach przed tym, co zrobili i czego nie da się już cofnąć. Milczał, nie odpowiadał. Czy to niemądre, że przez chwilę chciało mu się płakać z bezsilności? Potarł swoje czoło, nabrał powietrza do płuc i zanurzył się na kilka sekund, aby wypłynąć już na zewnątrz, zaskakująco blisko ramienia Fergusa. Nie patrzył na niego. Oparł potylicę o łódź i cierpiał od podrażnionego solą gardła i piekących oczu. Słychać było jedynie jego oddech i lekki szum fal. Słońce powoli opadało ku zachodowi, boja odpłynęła na swoje prawowite miejsce a ich wioseł jak nie było tak nie ma. Zaginęły, tak samo jak ich rozbawienie i pragnienie zemsty. Milczał jedną minutę, dwie, trzy. Oswajał się z tym, że Fergus jest obok, żywy, ciepły. Skąd wiedział, że ciepły? Trzymał się szalupy ale musiał poruszać stopami aby nie opaść na dno więc mimowolnie kilka razy otarł się o niego ramieniem. Uzmysłowił sobie, że Fergus nie ma na sobie ubrań i musi piekielnie marznąć. To go ocuciło.
- Musimy wracać.- wychrypiał, nie mając odwagi mówić o tym, co się stało. Bał się, że jeśli będą to omawiać to znów coś się wydarzy. Nie wierzył, że może sobie ufać a co dopiero Fergusowi. Tamten moment wybudzania się w nim lawy był tak niesamowity, że chciał go znów, znów i znów. To było złe więc musieli się ruszyć z miejsca. Dobrze, że Fergus żałował tego pocałunku. Żałował, prawda? Zapewniał, że to bez sensu. Nic takiego. Prawda? Musi tak być!
- M-mogę nas deportować… chyba, że zależy ci aby… aby… no wiesz. - ścisnął mocno dwa palce u nasady nosa. Nie umiał się wysłowić, stresował się. Był spięty, zesztywniały i zmarznięty. Zaczynał trząść się z zimna.
- Odkupię ci t-te ubrania… a po ł-łódź kogoś wy-wyślę.- wydusił i za nic w świecie nie miał odwagi na niego spojrzeć. Tyle dobrego, że minęła już potrzeba ucieczki. Dopadł go dziwnego rodzaju smutek. Nic z dzisiejszego dnia nie rozumiał i miał to wprost wymalowane na twarzy. Co się u diabła stało? Co teraz?
- Musimy wracać.- wychrypiał, nie mając odwagi mówić o tym, co się stało. Bał się, że jeśli będą to omawiać to znów coś się wydarzy. Nie wierzył, że może sobie ufać a co dopiero Fergusowi. Tamten moment wybudzania się w nim lawy był tak niesamowity, że chciał go znów, znów i znów. To było złe więc musieli się ruszyć z miejsca. Dobrze, że Fergus żałował tego pocałunku. Żałował, prawda? Zapewniał, że to bez sensu. Nic takiego. Prawda? Musi tak być!
- M-mogę nas deportować… chyba, że zależy ci aby… aby… no wiesz. - ścisnął mocno dwa palce u nasady nosa. Nie umiał się wysłowić, stresował się. Był spięty, zesztywniały i zmarznięty. Zaczynał trząść się z zimna.
- Odkupię ci t-te ubrania… a po ł-łódź kogoś wy-wyślę.- wydusił i za nic w świecie nie miał odwagi na niego spojrzeć. Tyle dobrego, że minęła już potrzeba ucieczki. Dopadł go dziwnego rodzaju smutek. Nic z dzisiejszego dnia nie rozumiał i miał to wprost wymalowane na twarzy. Co się u diabła stało? Co teraz?