14.04.2024, 21:08 ✶
Tarapaty, o których nie chciałem zanadto myśleć. I nie musiałem, bo moje myśli wciąż odciągały sprawy ważniejsze, niecierpiące zwłoki. Musiałem być ewidentnie szefem, mężem oraz matką tego tu delikwenta, bo sam to nic by ze sobą nie zrobił by poczuć się lepiej, wyzdrowieć, opatrzyć i inne czorty, o których jeszcze nie miałem pojęcia.
Ale, swoją drogą, uśmiechnąłem się rozbawiony, kiedy usłyszałem o Flynnie w wersji małżonki, która czekałaby na mnie z patelnią. Chciałbym to zobaczyć, niekoniecznie się o tym przekonać na własnej skórze, ale... gdyby był wtedy pełny, szczęśliwy, to trudno, już mogłem być napierdalany.
- A ja bym cię po wszystkim zagarniał w swoje ramiona i przytulał, okej? - zaproponowałem, dokańczając jego wizję. Interesujące, może bardziej zaskakujące, że Flynn potrafił odnaleźć w swojej głowie podobne fantazje. Dosłownie tak, jakby miał bogatą wyobraźnię i zamiast wykorzystać ją do pisania miłosnych scenariuszy dla cyrku, ten wolał wykorzystywać ją do pakowania się w kłopoty. Faktycznie był popaprany, ale kto w tym cyrku był w stu procentach normalny? - I opatrywał... Choć to raczej powinny robić delikatne dłonie żony. Tym mi się nie chwaliłeś... Co się stało? - zapytałem, wskazując jego nogę. Może rana nie wyglądała na groźną, ale była cięta... Jak większość ran Flynna, więc to oznaczało dużo krwi. Aż dziw, że wcześniej tego nie zauważyłem. Najwyraźniej to z powodu niewyspania. Człowiek ze zmęczenia tracił rezon, spostrzegawczość, zmysły.
- Obawiam się, że faktycznie nie dostaniesz wypłaty, jeśli się nie pozbierasz w te pędy z tej podłogi. Mówię to nie tylko jako twój szef, ale również mąż i... MATKA - stwierdziłem, wycierając go ręcznikiem, którym był owinięty. Trzeba było się stąd ewakuować, poza tym musiałem dać znać Elaine, że mieliśmy zapotrzebowanie na coś pożywnego i rozgrzewającego. Tę ranę z kolei... jakoś prowizorycznie opatrzę osobiście. - Głębokie jest to skaleczenie? Trzeba szyć czy się tym razem obejdzie? - dopytałem go, bo niestety byłem uziemiony przez ciężar jego ciała. Nie mogłem za bardzo się ruszyć, a nie chciałem go składać jak scyzoryka w tej chwili, kiedy nie czuł się za dobrze i w dodatku był ranny.
- Dawaj, wstawaj. Trzeba to szybko ogarnąć... - stwierdziłem, a właściwie to rozkazałem. Poruszyłem swoim tyłkiem nieco w górę, żeby dać mu jawny znak, że szybko oznaczało szybko-szybko. - Tym razem to ja powinienem cię zlać patelnią za wpadanie do mórz i natrafianie nogą na ostre przedmioty...
Ale, swoją drogą, uśmiechnąłem się rozbawiony, kiedy usłyszałem o Flynnie w wersji małżonki, która czekałaby na mnie z patelnią. Chciałbym to zobaczyć, niekoniecznie się o tym przekonać na własnej skórze, ale... gdyby był wtedy pełny, szczęśliwy, to trudno, już mogłem być napierdalany.
- A ja bym cię po wszystkim zagarniał w swoje ramiona i przytulał, okej? - zaproponowałem, dokańczając jego wizję. Interesujące, może bardziej zaskakujące, że Flynn potrafił odnaleźć w swojej głowie podobne fantazje. Dosłownie tak, jakby miał bogatą wyobraźnię i zamiast wykorzystać ją do pisania miłosnych scenariuszy dla cyrku, ten wolał wykorzystywać ją do pakowania się w kłopoty. Faktycznie był popaprany, ale kto w tym cyrku był w stu procentach normalny? - I opatrywał... Choć to raczej powinny robić delikatne dłonie żony. Tym mi się nie chwaliłeś... Co się stało? - zapytałem, wskazując jego nogę. Może rana nie wyglądała na groźną, ale była cięta... Jak większość ran Flynna, więc to oznaczało dużo krwi. Aż dziw, że wcześniej tego nie zauważyłem. Najwyraźniej to z powodu niewyspania. Człowiek ze zmęczenia tracił rezon, spostrzegawczość, zmysły.
- Obawiam się, że faktycznie nie dostaniesz wypłaty, jeśli się nie pozbierasz w te pędy z tej podłogi. Mówię to nie tylko jako twój szef, ale również mąż i... MATKA - stwierdziłem, wycierając go ręcznikiem, którym był owinięty. Trzeba było się stąd ewakuować, poza tym musiałem dać znać Elaine, że mieliśmy zapotrzebowanie na coś pożywnego i rozgrzewającego. Tę ranę z kolei... jakoś prowizorycznie opatrzę osobiście. - Głębokie jest to skaleczenie? Trzeba szyć czy się tym razem obejdzie? - dopytałem go, bo niestety byłem uziemiony przez ciężar jego ciała. Nie mogłem za bardzo się ruszyć, a nie chciałem go składać jak scyzoryka w tej chwili, kiedy nie czuł się za dobrze i w dodatku był ranny.
- Dawaj, wstawaj. Trzeba to szybko ogarnąć... - stwierdziłem, a właściwie to rozkazałem. Poruszyłem swoim tyłkiem nieco w górę, żeby dać mu jawny znak, że szybko oznaczało szybko-szybko. - Tym razem to ja powinienem cię zlać patelnią za wpadanie do mórz i natrafianie nogą na ostre przedmioty...