Akurat Victoria i w czasach szkolnych te stereotypy łamała – zadawała się w końcu z Brenną. Pannę Longbottom znała właściwie całe swoje życie, już jako małe dzieci trzymały się i bawiły się razem, broiły, biegały, skakały… Ta przyjaźń utrzymała się również w szkole i to pomimo tego, że zostały przydzielone do przeciwnych sobie domów. Ale czy były takie przeciwne? Podobno Gryffindor i Slytherin byli najlepszymi przyjaciółmi, wiele wartości wyznawanych pomiędzy domami było zbliżonych. A jako prefektka, Victoria nie tolerowała, gdy koledzy z jej domu męczyli gryfonów… i wzajemnie. Była na tyle zasadnicza, że nikomu nawet do głowy nie przyszło fukać na nią, gdy pomiędzy nią a Cynthię przy ślizgońskim stole wciskała się Brenna, albo gdy sama szła usiąść przy gryfonach. A zresztą spróbowałby ktoś fuknąć… wtedy łatwo by zobaczył dlaczego ta panna została przydzielona właśnie do domu Salazara, a nie gdziekolwiek indziej. Nic jednak Cainowi już nie powiedziała, chociaż bardzo miała ochotę, to jednak nie był to czas ani odpowiednie miejsce na te przekomarzanki.
Kiedy brunet tak się skupiał i nie odpowiedział na jej pytanie – nie ponowiła go. Nie chciała go bardziej rozpraszać. Jedynie obserwowała go uważnie i przy okazji zerkała na boki, wypatrując… czegokolwiek. Ale nic się nie działo. Żadnych żywych trupów na horyzoncie, tak samo jak nie było nigdzie śladu po Owenie Bagshocie. Naprawdę miała nadzieję, że ten nie poszedł na dno jeziora… Jej uwagę przykuł ruch ze strony Bletchleya, krok w tył, trzask pękającej gałązki. Victoria znacznie poprawiła swoją kondycję przez ostatnich kilka miesięcy, ale to nie wystarczyło, by odpowiednio szybko zareagować i kiedy Cain szukał podparcia z tyłu i go nie znalazł upadając, ona wyciągała do niego jedną rękę, chcąc go złapać nawet za mundur – nie zdążyła. Cain upadł, a Victoria wręcz rzuciła się do przodu, w jednej ręce ciagle ściskając różdżkę, która oświetlała im otoczenie.
– Wszystko dobrze? – zapytała w pierwszej kolejności, ale Cain zaczął mówić, znaczyło więc, że nic się nie stało. – Fiolet, czerń? Wiesz, że niewiele mi to mówi – nie widziała aur. Jedyne co jej się kojarzyło to… – Podczas Beltane widziałam fioletowy dym z ogniska rytualnego, ale nie wiem dlaczego nikt poza mną tego nie widział – tak było. I chciała wtedy iść w ten ogień, widziała Śmierciożeców, kobietę, którą musiała chronić… Ale Ani Mavelle, ani Patrick tego nie widzieli, żadnego fioletowego dymu. – Ale ja nie jestem aurowidzem, to się nigdy wcześniej ani nigdy później nie powtórzyło – nadal szeptała. Aura coś zmieniła? Ale zmieniła co dokładnie? Victoria nie czuła się w żadnym razie inaczej niż powinna, uśmiechnęła się tylko do Caina przepraszająco i wyciągnęła do niego wolną rękę, by pomóc mu wstać. – W twoich słowach brzmi to tak, jakby to nie było normalne… tak? – upewniła się. – Chodź, sprawdzimy sam skraj tego cholernego lasu, ale czuję, że nic i tak nie znajdziemy. To jezioro nie daje mi spokoju jednak… – dodała po chwili.