15.04.2024, 00:58 ✶
Po części Patrick zgadzał się w myślach z Erikiem. Zakon Feniksa potrzebował dodatkowej siedziby. Nie szedł jednak tropem potencjalnej demaskacji – nie widział powodu, dla którego ta w ogóle miałaby mieć miejsce. Na razie śmierciożercy nie wiedzieli nawet, że Zakon Feniksa istnieje, a jeśli podejrzewali kogoś o działanie przeciwko Czarnemu Panu, wiązali to raczej z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Magii lub prywatnymi poglądami niż z istnieniem jakiejś tajnej organizacji. I Steward wolał, by taki stan utrzymywał się jak najdłużej.
Dodatkowa siedziba Zakonu Feniksa wydawała mu się jednak dobrym pomysłem dla tych, których należałoby w przyszłości z różnych powodów ukryć. Myślami był przy tych członkach Ruchu Oporu, którym nie ufał na tyle, by zdradzić im więcej, ale jednocześnie nie pozostawiłby ich na pewną śmierć; przy tych czarodziejach, na których mogli polować śmierciożercy i którzy nie mieli się gdzie uciec.
Ale czemu tak naprawdę pojawił się w Księżycowym Stawie? Powody były jeszcze banalniejsze. Chciał się upewnić, że siedziba zostanie odremontowana przed tym jak… jak może go zabraknąć. To nie tak, że jakoś użalał się nad sobą, wolał po prostu mieć w głowie pewność, że wszystko toczyło się w dobrym kierunku i również później ten kierunek nie ulegnie zmianie. Coś w rodzaju: pomogę, póki jeszcze mam czas.
W odróżnieniu od Erika i Morpheusa, jego wygląd nie różnił się tego dnia jakoś diametralnie od tego, jak prezentował się zazwyczaj. Miał na sobie zwykłe ciemne jeansy, kraciastą koszulę z podwiniętymi rękawami (było w końcu ciepło a wszyscy tu zgromadzeni już wiedzieli aż za dobrze, że był Zimny) i wygodne buty sportowe. Na ręku nosił mugolski zegarek.
Przystanął przed portretem rodziny Juliusów. Zapatrzył na ich sylwetki, w myślach mierząc się z nieuchronnością ludzkiego przemijania. Czy wiedzieli? Czy mogli się w ogóle domyślać, że cały ród wymrze? Pewnie nie, bo i dlaczego mieliby się nad tym zastanawiać? Na tym obrazie rodzinnym było ich aż ośmioro.
- Może być bawialnia – zgodził się z Erikiem, wciąż spoglądając na nieruchome twarze. – Z tym obrazem też coś trzeba zrobić. Albo zdjąć go i schować, albo oczyścić, oddać ramę do renowacji i odstawić na miejsce – dodał ciszej. Zawsze Juliusowie mogli tu pozostać albo na pamiątkę – w końcu to był ich dom, albo jako przestroga, że nic nie jest na zawsze.
Ruszył za Longbottomami. Może tylko kilka sekund więcej przyglądał się niecodziennemu strojowi Morpheusa. Kryzys wieku średniego czy chęć zrobienia wrażenia na przypadkowych mugolach? Zatrzymał się przy wejściu do bawialni, dłużej lustrując wzrokiem jej wnętrze.
- Hm, bawialnia chyba nie powinna zająć nam całego dnia – rzucił, posyłając krótkie spojrzenie obydwu mężczyznom.
Podszedł do okien, by jeśli były zasłonięte firanami, odsłonić je i wyjrzeć przez okno. A potem, cóż, gotów był zabrać się do pracy. W końcu, im szybciej zaczną, tym szybciej zrobią coś produktywnego.
Dodatkowa siedziba Zakonu Feniksa wydawała mu się jednak dobrym pomysłem dla tych, których należałoby w przyszłości z różnych powodów ukryć. Myślami był przy tych członkach Ruchu Oporu, którym nie ufał na tyle, by zdradzić im więcej, ale jednocześnie nie pozostawiłby ich na pewną śmierć; przy tych czarodziejach, na których mogli polować śmierciożercy i którzy nie mieli się gdzie uciec.
Ale czemu tak naprawdę pojawił się w Księżycowym Stawie? Powody były jeszcze banalniejsze. Chciał się upewnić, że siedziba zostanie odremontowana przed tym jak… jak może go zabraknąć. To nie tak, że jakoś użalał się nad sobą, wolał po prostu mieć w głowie pewność, że wszystko toczyło się w dobrym kierunku i również później ten kierunek nie ulegnie zmianie. Coś w rodzaju: pomogę, póki jeszcze mam czas.
W odróżnieniu od Erika i Morpheusa, jego wygląd nie różnił się tego dnia jakoś diametralnie od tego, jak prezentował się zazwyczaj. Miał na sobie zwykłe ciemne jeansy, kraciastą koszulę z podwiniętymi rękawami (było w końcu ciepło a wszyscy tu zgromadzeni już wiedzieli aż za dobrze, że był Zimny) i wygodne buty sportowe. Na ręku nosił mugolski zegarek.
Przystanął przed portretem rodziny Juliusów. Zapatrzył na ich sylwetki, w myślach mierząc się z nieuchronnością ludzkiego przemijania. Czy wiedzieli? Czy mogli się w ogóle domyślać, że cały ród wymrze? Pewnie nie, bo i dlaczego mieliby się nad tym zastanawiać? Na tym obrazie rodzinnym było ich aż ośmioro.
- Może być bawialnia – zgodził się z Erikiem, wciąż spoglądając na nieruchome twarze. – Z tym obrazem też coś trzeba zrobić. Albo zdjąć go i schować, albo oczyścić, oddać ramę do renowacji i odstawić na miejsce – dodał ciszej. Zawsze Juliusowie mogli tu pozostać albo na pamiątkę – w końcu to był ich dom, albo jako przestroga, że nic nie jest na zawsze.
Ruszył za Longbottomami. Może tylko kilka sekund więcej przyglądał się niecodziennemu strojowi Morpheusa. Kryzys wieku średniego czy chęć zrobienia wrażenia na przypadkowych mugolach? Zatrzymał się przy wejściu do bawialni, dłużej lustrując wzrokiem jej wnętrze.
- Hm, bawialnia chyba nie powinna zająć nam całego dnia – rzucił, posyłając krótkie spojrzenie obydwu mężczyznom.
Podszedł do okien, by jeśli były zasłonięte firanami, odsłonić je i wyjrzeć przez okno. A potem, cóż, gotów był zabrać się do pracy. W końcu, im szybciej zaczną, tym szybciej zrobią coś produktywnego.