Działał z wyrachowaniem. Każda drobna chwila miała prowadzić właśnie do tej, w której ta zła postać z opowieści ludzi wokół w końcu położy się na sieci tuż przed odnóżami czarnej wdowy, która przybrała się w biel. Dla niego chyba nie stanowiło to różnicy - jego świat cały był czarno-szaro-biały. Każde szarpnięcie, każda podjęta walka, każda sekunda tego nienormalnego odbijania się słowami i emocjami o siebie wzajem... Nie. Tak chciałby napisać - to było przemyślane. Brzmiałoby to dumnie i dodawałoby jak wiele waloru smakowego do całej historii! Być tym geniuszem, który może przewidzieć tak wiele ruchów. Co najwyżej chciałbyś takim być. Albo chciałbyś widzieć parę kroków więcej niż starałeś się przewidzieć normalnie, ale nic z tych rzeczy nie miało tu miejsca. Starania przy Flynnie rozpuszczały się jak kostka lodu na blaszanym dachu latem. Działał zupełnie po omacku i chociaż zakładał sieci wokół siebie, żeby czuwać, która z nici zadrży, żeby tam zwracać swój wzrok to miotał się sam i tańczył do rytmu rozrywanej rzeczywistości. Niszczył ją sam Flynn. Zaczynałeś powoli rozumieć schemat, który opętywał umysł, kiedy spotykałeś kolejne spojrzenia wbite w ciebie z takim oddaniem. Tak, powierzchowność była łatwa do kochania, szczególnie kiedy miało się manierę oplątywać tą powierzchownością innych. Jak wygłodniały pająk owijać kokonem ofiarę, która chciała dać się owinąć. Kiedy jesteś pojony słodką trucizną to zaczynasz chcieć jej więcej. Uzależniasz się od tego substytutu opium bo wynosi równie wysoko a nie pozwala o sobie zapomnieć. Przesuwał się po świecie Flynna z zasłoniętymi oczami i dopiero teraz, przy Róży Wiatrów stworzonej z babiego lata zaczynał rozumieć. Ludźmi w większości łatwo było kierować. Wystarczy nazwisko i pozór autorytetu, a gdzie to nie pomoże słodkość i wpełzanie pod skórę, zabawienie oczu tęczowymi łuskami węża. Tam, gdzie nie wystarczyło i to zaczynałeś pleść sieci. Kiedy sieci nie dawały rady zostawałeś tylko ty - obnażony ze sztuczek i miotający się sam. Rozumiał, że odnajdywał najwięcej spełnienia właśnie w tych ludziach, którzy z nim to robili. Na których nie działały przemyślane metody, utarte schematy, wobec których nie mógł rozgrywać partii szachów na planszy. Z nimi trzeba było walczyć - a kiedy z nimi walczył to nagle stawał się sobą. Jedynym, co zawsze tak mocno stopowało go przed zaciskaniem palców był strach. Bał się Flynna, ale wystarczyło mu krok po kroku pokazywać, że nie było czego. To chore, bo przecież po tym powinien być przekonany, że to właśnie Flynna powinien się bać - człowieka, który go tak połamał i wbijał nóż we własną nogę, ale zamiast tego dostał kolejne zrozumienie. Przypalanie dłoni, budowanie pułapek dla Fontaine, które go niszczyły, budowanie miasta, leżenie w wannie i zgniatanie własnych skrzydeł. To wszystko nie było przymusem, z którym Flynn chciał walczyć. Sam wyciągał te dłonie do przypalania. Sam leżał w tej wannie, bo było mu wygodnie. Sam chciał dalej budować dla Fontaine, póki nie dojrzał, jak zepsuta zupełnie się stała. On tego chciał. Nie rozumiał dlaczego i nigdy tego nie pojmie do końca - on, osoba, która gotowa była spalić własny gobelin rodowy, żeby pokazać rodzinie, że nie może na niego wpłynąć niezależnie od tego, ile razy Edward Prewett ściągnie go do ziemi i pozwoli mu się dusić. Niezależnie od tego, ile jadu wyleje na niego Aydaya. Nie. Uciekł tutaj, żeby mieć swoje własne rządy. Malutkie królestwo, śmieszne być może, ale dla niego było wszystkim. Żarłocznie trzymał się tej władzy i nie chciał się nią podzielić przez wiele lat, póki zdrowie i wydarzenia tej wiosny nie zaczęły mu spędzać snu z powiek. Powierzył więc kontrolę nad poszczególnymi elementami New Forest w inne ręce i... nagle stracił tym zainteresowanie. Klarowność tego wszystkiego była jak te gwiazdy na granacie sztucznego nieba. Jak to proste pytanie: lubisz kontrolę? Powinien wiedzieć o tym od dawna. Wiedzieć lepiej. A może wiedział dobrze i dlatego tak bardzo tego unikał, bo zbyt ciepło, zbyt nęcąco mu się robiło, kiedy ludzie szeptali mu, że chcieliby się dla niego wykrwawić. Działo się z nim coś złego, bardzo złego. Władza... nie była dla takich jak on. Nie taka władza, którą ludzie za łatwo mu powierzali.
Drgnęły mu ku górze leniwie kąciki warg, kiedy to usłyszał. Tak, tak było. Jak się więc teraz miał czuć? Nie zastanawiał się w ogóle nad tym, jak czuć się powinien, ale wiedział, co czuł teraz. Wygrałem. Strach, niepewność, zastanowienie, co Flynn mógł jeszcze zrobić... nie miało to znaczenia, bo chciał, żeby robił to wszystko. Żeby przechodził od walki i warczenia do tego grzecznego pieska na podłodze. Bo tacy ludzie jak on zmuszali go do wysiłku, do jakiego nikt inny go nie zmuszał. Ludzie zbyt prości do owijania sobie wokół palców. Niektórzy wręcz... nudni. Ale Flynnem nie dało się znudzić. Oddał mu ten pocałunek bardzo chętnie. Był jak podpis krwią na cyrografie, który Edge mógłby złożyć teraz swoimi palcami - wystarczyłby jeden odcisk.
- Udało. - Przesunął kciukiem po policzku Flynna. - Mój pies rozszarpał dla mnie naśladowcę Śmierciożerców, który wtargnął do mojego Ogrodu. - Prawdę mówiąc sam nie wiedział, czemu to powiedział. Nie, trochę wiedział, skąd się wzięła ta myśl. Strach potrafił być wspaniałą emocją, dopóki nie był obezwładniający. Laurenta obezwładniał. Obezwładniał go, ponieważ były rzeczy, których kontrolować nie mógł. Bo miał słabe ciało, które do niczego się niemal nie nadawało, bo ledwo był w stanie się bronić, bo za wiele elementów regularnie potrafiło wydusić z niego to życie. Od czasów Dantego przecież dlatego ciągle trzymał przy sobie Dumę. Niby wiedział. Niby spodziewał się, do czego szkoli tego jarczuka i czego od niego wymaga, dlatego tak bardzo na niego uważał przy ludziach. A jednak szok, jaki go ogarnął, kiedy szczęki jarczuka zacisnęły się na Śmierciożercy i oderwały mu rękę od tułowia był czymś, co powinno go prześladować o wiele intensywniej, niż się czuł. Zmywał wtedy w szoku krew z jarczuka, z podłogi... a potem spał spokojnie. Wstał drugiego dnia i powinien czuć wyrzuty sumienia. Powinno mu być źle. Nie było. Nie oznaczało też, że czuł się dobrze. Ale gdyby tak miał szepnąć na uszko Flynna błagam, zabij ich, żebym się nie bał, że wrócą to chyba by nie potrafił. - Ale z ciebie zrobiłbym lepszy użytek. - Uśmiechnął się przez zmęczenie, całując go kolejny raz. - To nadal zależy od tego, czy zjesz to śniadanie. - Spojrzał na jego ranę na nodze, którą nakrywał ręką. Nie chciał się rozglądać po tym łóżku, bo wpadłby chyba w atak paniki od wspomnień tego, jak tonął tu we własnej krwi myśląc, że umiera. Przylgnął do niego bliżej, ułożył głowę na jego klatce piersiowej. - Na razie mnie trzymaj i śpij. Jestem bardzo zmęczony...