15.04.2024, 14:44 ✶
Gdy zaklęcie odepchnęło go od ściany był przerażony, nawet lekko zdezorientowany, na tyle zszokowany, że nawet cień krzyku nie opuścił jego warg.
Zupełnie przeciwnie, gdy opadł na poduszki, a zaraz po nim pojawił się Issac, tak prosto na wyciągnięcie ręki. Zaczął się śmiać, serdecznie i szczerze, wciąż bowiem pozostawał istotą ludzką, która takim właśnie śmiechem rozładowywała napięcie zebrane w ciele, strzepywała stężenia mięśni.
Niepomny na leżący obok cylinder dźwignął się i zagarnął Isaaca do siebie, kładąc mu dłoń na kark. Wpierw ucałował go w czoło, a potem przytulił wciąż chichocząc.
– No to była dopiero zabawa! Doskonałe, nie spodziewałem się... – rozejrzał się po poduszkach, które po podrażnieniu przez dwa nagle pojawiające się na nich ciała oddały przestrzeni wibrujący w powietrzu biały pył. Poklepał je dłonią ukrytą w rękawiczce, wciąż kiwając z niedowierzaniem głową. Był w takim stanie, że nawet ten brud nie robił na nim aż takiego wrażenia, nawet fakt, że jego idealnie czarny frak i spodnie od niego pokryte teraz były białym osadem. Morpheus był Longbottomem wychowanym przez Longbottomów, więc odrobina brudu powinna być dlań swojska, czyż nie?
Podniósł się i zmniejszony cylinder schował do kieszeni kamizelki, na wszelki wypadek, gdyby znów ich gdzieś teleportowało.
– Nie mam problemu z urlopem, tylko przypomnij mi potem, jak już napijemy się herbaty, bo teraz jestem dość rozkojarzony i może mi wypaść to z głowy. – spojrzał raz jeszcze na różdżkę, ten cisowy patyk, którego tak bardzo pragnął pozbyć się ze swojego życia i westchnął. Czy włókno z serca smoka ukryte w niej czuło jego emocje?
Drzwi się otworzyły i okazało się, że to ekipa ze schodów weszła na ich szczyt i trafiła do wspólnego przedsionka komnaty na szczycie najwyższej wieży. Anthony uśmiechnął się szelmowsko, zupełnie jakby przed momentem nie zaorał swoją czystokrwistą dupą o poduszki. Zupełnie jakby ich ślad nie odciskał się na jego stroju.
– Dobrze więc, teraz moja kolej na to by czynić honory. Gotowi na spotkanie z księżniczką? – zapytał, choć akurat duch, który ponoć nawiedzał to miejsce stacjonował w mniejszej z wież i Anthony zakładał, że tam akurat dzisiaj się nie będą wybierać. W groteskowym ukłonie chwycił za klamkę i pchnął. A potem pociągnął. A potem westchnął i wziął różdżkę po czym z pełnią satysfakcji wywalił drzwi z zawiasów.
Głuchy łomot rozniósł się echem wzbijając kolejne tumany pyłu. Okute drzwi teraz pełniły rolę wycieraczki, czy też niepokojącego dywanika, gdy wchodzili do środka ciemnej komnaty. Jedyne okienko było zakratowane i pozbawione szyb, deszcz wkradający się do środka pozostawił na podłodze przy nim sporą już kałużę. Błyskawice uderzały w nieregularnym pulsie odsłaniając przed zwiedzającymi kolejną makabreskę.
Księżniczki nie było w środku, nie licząc samotnego kościotrupa przykutego do stołu który najprawdopodobniej służył niekoniecznie prozdrowotnemu rozciąganiu. Z jednego z kątów spoglądała na nich wysoka i stożkowata rzeźba kobiety, ze ścian zwisały łańcuchy, a na stole w okolicy świetlika pozostawione były zardzewiałe obcęgi, piły i noże.
Anthony przez moment nie wpuszczał ich do środka, marszcząc brwi i obrzucając spojrzenie nieprzychylnym wzrokiem stalowych oczu, potem jednak wszedł i usunął się na bok, dając grupie zbadać tę tajemnicę. Na razie nic na nich nie wyskoczyło. Szkielet zdawał się być przyjaźnie usposobiony w swym braku reakcji.
Zupełnie przeciwnie, gdy opadł na poduszki, a zaraz po nim pojawił się Issac, tak prosto na wyciągnięcie ręki. Zaczął się śmiać, serdecznie i szczerze, wciąż bowiem pozostawał istotą ludzką, która takim właśnie śmiechem rozładowywała napięcie zebrane w ciele, strzepywała stężenia mięśni.
Niepomny na leżący obok cylinder dźwignął się i zagarnął Isaaca do siebie, kładąc mu dłoń na kark. Wpierw ucałował go w czoło, a potem przytulił wciąż chichocząc.
– No to była dopiero zabawa! Doskonałe, nie spodziewałem się... – rozejrzał się po poduszkach, które po podrażnieniu przez dwa nagle pojawiające się na nich ciała oddały przestrzeni wibrujący w powietrzu biały pył. Poklepał je dłonią ukrytą w rękawiczce, wciąż kiwając z niedowierzaniem głową. Był w takim stanie, że nawet ten brud nie robił na nim aż takiego wrażenia, nawet fakt, że jego idealnie czarny frak i spodnie od niego pokryte teraz były białym osadem. Morpheus był Longbottomem wychowanym przez Longbottomów, więc odrobina brudu powinna być dlań swojska, czyż nie?
Podniósł się i zmniejszony cylinder schował do kieszeni kamizelki, na wszelki wypadek, gdyby znów ich gdzieś teleportowało.
– Nie mam problemu z urlopem, tylko przypomnij mi potem, jak już napijemy się herbaty, bo teraz jestem dość rozkojarzony i może mi wypaść to z głowy. – spojrzał raz jeszcze na różdżkę, ten cisowy patyk, którego tak bardzo pragnął pozbyć się ze swojego życia i westchnął. Czy włókno z serca smoka ukryte w niej czuło jego emocje?
Drzwi się otworzyły i okazało się, że to ekipa ze schodów weszła na ich szczyt i trafiła do wspólnego przedsionka komnaty na szczycie najwyższej wieży. Anthony uśmiechnął się szelmowsko, zupełnie jakby przed momentem nie zaorał swoją czystokrwistą dupą o poduszki. Zupełnie jakby ich ślad nie odciskał się na jego stroju.
– Dobrze więc, teraz moja kolej na to by czynić honory. Gotowi na spotkanie z księżniczką? – zapytał, choć akurat duch, który ponoć nawiedzał to miejsce stacjonował w mniejszej z wież i Anthony zakładał, że tam akurat dzisiaj się nie będą wybierać. W groteskowym ukłonie chwycił za klamkę i pchnął. A potem pociągnął. A potem westchnął i wziął różdżkę po czym z pełnią satysfakcji wywalił drzwi z zawiasów.
Głuchy łomot rozniósł się echem wzbijając kolejne tumany pyłu. Okute drzwi teraz pełniły rolę wycieraczki, czy też niepokojącego dywanika, gdy wchodzili do środka ciemnej komnaty. Jedyne okienko było zakratowane i pozbawione szyb, deszcz wkradający się do środka pozostawił na podłodze przy nim sporą już kałużę. Błyskawice uderzały w nieregularnym pulsie odsłaniając przed zwiedzającymi kolejną makabreskę.
Księżniczki nie było w środku, nie licząc samotnego kościotrupa przykutego do stołu który najprawdopodobniej służył niekoniecznie prozdrowotnemu rozciąganiu. Z jednego z kątów spoglądała na nich wysoka i stożkowata rzeźba kobiety, ze ścian zwisały łańcuchy, a na stole w okolicy świetlika pozostawione były zardzewiałe obcęgi, piły i noże.
Anthony przez moment nie wpuszczał ich do środka, marszcząc brwi i obrzucając spojrzenie nieprzychylnym wzrokiem stalowych oczu, potem jednak wszedł i usunął się na bok, dając grupie zbadać tę tajemnicę. Na razie nic na nich nie wyskoczyło. Szkielet zdawał się być przyjaźnie usposobiony w swym braku reakcji.