Z zachwytem przyjrzał się biżuterii Geraldine. Był to prawdziwy łup wojenny. Bezcenna pamiątka. Jedyna w swoim rodzaju. A połączenie z futrem demimoza tworzyło z niej widowiskową biżuterię. Ale zachwyt na twarzy Giovanniego szybko zniknął, gdy przyjaciółka oznajmiła, że bransoletka nie jest pamiątką omawianego pojedynku.
— Pięć razy!? Na Merlina, jak do czegoś takiego doszło? — Był przerażony. Słyszał o przypadkach, gdy pojedyncze zwierzę przerosło innych przedstawicieli swojego gatunku, ale zazwyczaj była to wartość najwyżej 140% średniej masy ciała. 500% sugerowało, że... — ...do tego nie mogło dojść naturalnie. To nie brzmi jak mutacja, czy inny przypadek.
Niezwykły rozrost roślinności w tym sezonie to jedna sprawa, ale nadnaturalnie wielkie niebezpieczne zwierzęta? Kolejny powód do jak najszybszego powrotu do emigracji.
— Chcieli głównie wypocząć i zobaczyć, jak to będzie wyglądać, ale średnio im się podobało. Wiesz przecież, że nie należą do typowych bogatych czarodziejów. Samo przywdziewanie jedwabiów nie robi z człowieka interesującego ich rozmówcy. — Na szczęście państwo Urquart posiadali wysokie pokłady ogłady towarzyskiej i charyzmy. Potrafili odnaleźć się w każdym towarzystwie, w końcu Gio po kimś musiał odziedziczyć swoje mistrzowskie umiejętności społeczne.
Na wspomnienie statku znów opanował go strach. Zamyślił się.
— W jakim sensie... "dziwne"? Myślisz, że mogło wtedy dojść do czegoś tak jak podczas Beltane?
Święta były do siebie w pewnym sensie podobne. W oba te dni magia działała trochę swoimi prawami i nieczyste siły mogły to wykorzystać.
Pojawienie się jedzenie nie rozchmurzyło Giovanniego. Smętnie ukroił kawałek mięsa i zjadł.
— Mhm, dobre — rzucił krótko i skosztował następny kawałek.