Widziała zachwyt w oczach Gio, co strasznie ją cieszyło, bo jej zdaniem przedmiot wykonany przez jej kaletnika naprawdę należał do tych niespotykanych, a współpracę z nim uważała za jedną z nielicznych rzeczy, która jej się w życiu udała.
- Nie mam pojęcia, może to jakiś król błotoryjów? Grunt, że nie jest już więcej zagrożeniem, a wszystko dzięki mnie. - Dodała jeszcze, skromna jak zawsze. Nie ma się co dziwić, Gerry bardzo lubiła się chwalić swoimi zawodowymi sukcesami, to jedna z dziedzin w życiu, w której naprawdę jej się układało, więc bądź co bądź, chociaż tym mogła się szczycić.
Słyszała o tym, że w okolicy dochodziło do anomalii, nie do końca wiedziała, czym był spowodowane, zresztą to nie było najważniejsze, musiała po prostu pomagać mieszkańcom radzić sobie z tym wszystkim, przecież dokładnie do tego została stworzona.
- Trochę szkoda, ale powinni się byli tego spodziewać, Twoi rodzice wyglądają na takich, którzy potrzebują zdecydowanie więcej rozrywki. - Szczególnie, że sami wiele podróżowali, przez co trudniej było ich zaskoczyć.
Dostrzegła jego zamyślenie, kiedy wspomniała o statku, nie chciała go broń Merlinie wystraszyć. - Nie, to nie to. To był chyba jakiś statek widmo, ale się na tym nie znam, wiesz, że te rzeczy nadnaturalne nie są moim konikiem, wolę walczyć z potworami, które są materialne. - Nie było w tym ani grama kłamstwa, Yaxley nie do końca pojmowała zjawy, duchy, czy inne takie, pewnie gdyby nie wszyscy inni na statku, to nie byłaby w stanie wyjść stamtąd cało.
Geraldine jadła dosyć szybko, nie było w tym nic dziwnego, bo wszystko w swoim życiu robiła szybko. Nim się obejrzała zjadła niemalże całą zawartość swojego talerza, nie omieszkała popić tego rumem, ba poprosiła nawet o dolewkę, na lepsze trawienie czy coś. - Nom, faktycznie nie najgorsze to jedzenie, może rzeczywiście to był dobry pomysł, żeby się tutaj pojawić. - Na pewno będzie tu wracać.