16.04.2024, 04:02 ✶
– Nie. Nie zrobiłaś się – zapewnił ją, uznając że rzeczywiście mogło to tak wyglądać. – Po prostu sprawdzałem, czy nie masz gorączki. – dodał, chcąc wytłumaczyć czemu w sumie nagle tak bardzo zainteresował się jej czołem.
Basilius spojrzał na nią zmęczonym spojrzeniem. Nie miał nic przeciwko jej gadaniu, nawet jeśli dzisiaj było ono bardziej intensywne, niż zazwyczaj. Właściwie to nie przeszkadzało mu ono z tego prostego względu, że znaczyło to, że czarownica nie jest umierająca. Po prostu, gdy spytała się go o wpadanie do zielonej wody, dotarło do niego, że w sumie to nie miał pojęcia. Był pełnoprawnym uzdrowicielem dopiero od nieco ponad pół roku i nigdy nie uczył się o przypadku Brenny. Nie. Inaczej. Nigdy nie uczył się wcześniej o żadnym z przypadków Brenny. Co więcej, kiedy opowiadał o nich bardziej doświadczonym uzdrowicielom sami reagowali dość dziwnie. Jeden magimedyk nawet poprosił go, by dał mu znać, kiedy Longbottom ponownie pojawi się u niego w gabinecie, by zobaczyć z czym przyjdzie następnym razem, ale Basilius uznał, że Brenna czuła się dzisiaj na tyle kiepsko, by nie robić z niej widowiska. Poza tym Prewett miał podejrzenie, że tamten kolega z pracy po prostu zakładał, że Basilius sobie Brennę wymyślił. Aż dziwne, że nie skierował go jeszcze do Lecznicy Dusz.
– Brenno... – odparł wreszcie po chwili namysłu. – Szczerze to nie wiem. Pewnie ktoś kiedyś wpadł, ale możliwe, że nigdy nie dało to takich efektów, jak u ciebie. A nawet jeśli dało, to nas o tym nie uczono.
Z drugiej strony patrząc na to ile było różnych czarów i ile skutków ubocznych mogły one przyjąć, czy należało się temu dziwić?
– No dobrze. Może masz rację. W każdym razie na pewno czytałbym je dla postaci wpadającej w zieloną wodę, a nie Gregora – dodał jeszcze, posyłając jej pokrzepiający uśmiech.
Chociaż wolałbym o twoich przypadkach czytać jedynie z książek, a nie spotykać się z nimi w prawdziwym życiu. – dodał już nieco złośliwiej w myślach.
Nie wiedział, jak Brenna to zrobiła, ale jej słowa jakoś uspokoiły Octaviana, tak że Basilius mógł się zająć rzuceniem kolejnego zaklęcia i nałożeniem kolejnej maści w czasie, gdy student odpowiadał na pytanie. Dlatego też po prostu dał im rozmawiać i nie rzucił, że nawet pies sąsiadki jego babki kupował różdżkę u Olivandera.
– Włos z ogona jednorożca – odpowiedział Octavian, a głos mu już nieco przestał drżeć. Co więcej, nawet podszedł do czarownicy i ponownie zajął się naprawianiem jej kolan, które co z ulgą zanotował Basilius, szybko przestawały być zielone. – A umh... Pani? – spytał, a potem szybko popatrzył na starszego uzdrowiciela. – To nie jest nielegalne pytać o takie rzeczy, prawda? No wie pan. Łamanie prywatności i tak dalej.
– Nie jest – odparł Basilius, skupiając się na nakładaniu coraz to nowych specyfików na rany Brenny. Prawdę mówiąc, to nawet gdyby było to nielegalne, to w obecnej chwili miał to gdzieś. Byle by dokończyć swoją pracę i postawić czarownicę na nogi. – Ale pani Longbottom ma prawo ci nie odpowiedzieć.
Basilius spojrzał na nią zmęczonym spojrzeniem. Nie miał nic przeciwko jej gadaniu, nawet jeśli dzisiaj było ono bardziej intensywne, niż zazwyczaj. Właściwie to nie przeszkadzało mu ono z tego prostego względu, że znaczyło to, że czarownica nie jest umierająca. Po prostu, gdy spytała się go o wpadanie do zielonej wody, dotarło do niego, że w sumie to nie miał pojęcia. Był pełnoprawnym uzdrowicielem dopiero od nieco ponad pół roku i nigdy nie uczył się o przypadku Brenny. Nie. Inaczej. Nigdy nie uczył się wcześniej o żadnym z przypadków Brenny. Co więcej, kiedy opowiadał o nich bardziej doświadczonym uzdrowicielom sami reagowali dość dziwnie. Jeden magimedyk nawet poprosił go, by dał mu znać, kiedy Longbottom ponownie pojawi się u niego w gabinecie, by zobaczyć z czym przyjdzie następnym razem, ale Basilius uznał, że Brenna czuła się dzisiaj na tyle kiepsko, by nie robić z niej widowiska. Poza tym Prewett miał podejrzenie, że tamten kolega z pracy po prostu zakładał, że Basilius sobie Brennę wymyślił. Aż dziwne, że nie skierował go jeszcze do Lecznicy Dusz.
– Brenno... – odparł wreszcie po chwili namysłu. – Szczerze to nie wiem. Pewnie ktoś kiedyś wpadł, ale możliwe, że nigdy nie dało to takich efektów, jak u ciebie. A nawet jeśli dało, to nas o tym nie uczono.
Z drugiej strony patrząc na to ile było różnych czarów i ile skutków ubocznych mogły one przyjąć, czy należało się temu dziwić?
– No dobrze. Może masz rację. W każdym razie na pewno czytałbym je dla postaci wpadającej w zieloną wodę, a nie Gregora – dodał jeszcze, posyłając jej pokrzepiający uśmiech.
Chociaż wolałbym o twoich przypadkach czytać jedynie z książek, a nie spotykać się z nimi w prawdziwym życiu. – dodał już nieco złośliwiej w myślach.
Nie wiedział, jak Brenna to zrobiła, ale jej słowa jakoś uspokoiły Octaviana, tak że Basilius mógł się zająć rzuceniem kolejnego zaklęcia i nałożeniem kolejnej maści w czasie, gdy student odpowiadał na pytanie. Dlatego też po prostu dał im rozmawiać i nie rzucił, że nawet pies sąsiadki jego babki kupował różdżkę u Olivandera.
– Włos z ogona jednorożca – odpowiedział Octavian, a głos mu już nieco przestał drżeć. Co więcej, nawet podszedł do czarownicy i ponownie zajął się naprawianiem jej kolan, które co z ulgą zanotował Basilius, szybko przestawały być zielone. – A umh... Pani? – spytał, a potem szybko popatrzył na starszego uzdrowiciela. – To nie jest nielegalne pytać o takie rzeczy, prawda? No wie pan. Łamanie prywatności i tak dalej.
– Nie jest – odparł Basilius, skupiając się na nakładaniu coraz to nowych specyfików na rany Brenny. Prawdę mówiąc, to nawet gdyby było to nielegalne, to w obecnej chwili miał to gdzieś. Byle by dokończyć swoją pracę i postawić czarownicę na nogi. – Ale pani Longbottom ma prawo ci nie odpowiedzieć.