Kiedy otrzymał list podpisany Guinevere McGonagall, pomyślał o dwóch rzeczach. Po pierwsze o legendach arturiańskich i żonie króla Artura, która kochała w rzeczywistości jego najlepszego przyjaciela, Lancelota oraz o tym, że byli tym, co pchnęło opowieści z mitów, ku romansom dworskim, o jasnowłosej królowej z proporcem Matki Boskiej w opozycji do wiary przodków. Mariaże dla polityki, miłość poza małżeńskim łożem. Jakież to było nadal prawdziwe w socjecie czarodziejów. Dlatego Morpheus nigdy nie zdecydował się na małżeństwo, pomiędzy innymi kwestiami. Wierność w miłości nie leżała w jego najmocniejszych cechach, dlatego nie deklarował związków. Tańczył z ogniem. Jego własna forma wolności. Radosna niepamięć.
Drugą rzeczą, o której pomyślał, był płowowłosy nastolatek z Kniei, który już nie był nastolatkiem. Longbottom zastanawiał się mocno nad tym, czy roczniki przed nim z Hogwartu, a może i włącznie, były przeklęte. Estella Julius, która stała się jedynie zapomnieniem, rok albo dwa wyżej od niego, Mulciberowie, dumny ród, który ledwo prządł, porzucając Departament Tajemnic, dziwaczny Tom Riddle, który zniknął, tak po prostu, wreszcie Berenika McGonnagall, oszalała kobieta, która postanowiła żyć w nawiedzonym lesie. Jak przez mgłę pamiętał jej rysy twarzy, nie poznałby jej na ulicy na pewno, gdyby ją spotkał.
Morpheus prędko ocenił, że Guinevere należała do kobiet pokroju Eden Lestrange lub Violet Shafiq, wiotkich, jasnowłosych mimoz z ciężkich arystokratycznym akcentem, papierosem na lufce, diamentową kolią noszoną na szyi na co dzień i absolutnym odklejeniem od rzeczywistości, które zagubiły się we własnej percepcji świata. Jemu to nie przeszkadzało, lubił ludzi z obsesjami, którzy potrafili godzinami opowiadać o tym, co stanowiło trzon ich istnienia, o swoich fascynacjach. Lubił ludzi, którzy byli bardzo zakorzenieni w ten czy inny sposób. Zazwyczaj inny.
Czarne oczy Księżyca przesunęły się po gościach kawiarni, ludzko zwyczajnych, by wziąć lekko urywany oddech, gdy natrafił na Różę Pustyni. Ukrytą w kącie, jakby przed wilgocią brytyjskich dni i londyńskich mgieł, rozdzieloną od świata szklaną taflą witryny kawiarni. Zatrzymał się przy barze i poprosił o czarną kawę i mleko w osobnym naczyniu, bez cukru. Wyjął przy tym z kieszeni szaty karty tarota i wyciągnął pierwszą z wierzchu. Szóstka Denarów. Nie wróżyło to dobrze temu spotkaniu. Z drugiej strony, czemu miałoby być dobrze.
Szeleszcząc magiczną szatą w głębokim kolorze żałobnego kiru, wyminął kawiarnianych gości, aby dotrzeć do zajmowanego przez panią McGonagall stolika i pokłonił się jej zdawkowo.
— Niewymowny Longbottom, do pani usług — uśmiech, który zwykle błyszczał złotą radością Apollina, teraz srebrzył się blaskiem jego siostry, znacznie bardziej przydymiony, niesięgający oczu wieszcza. Rana nadal była żywa, skryta pod dopasowanym odzieniem i nadmiarowymi fałdami czarodziejskiej szaty, udrapowanymi w eleganckie zakładki, dodając wyraźnej elegancki w gruncie rzeczy prostemu odzieniu. Brakowało mu ozdobności, materiał był matowy, odbiegając od zasady, że należy tworzyć zainteresowanie fakturą, kolorem lub formą. Zasiadł naprzeciwko kobiety, a w jego ramionach rysowała się pewna brawura. Nie bał się usiąść tyłem do tłumu, chociaż wystawiło go to na ataki. Może, koniec końców, był synem swojego ojca.
Kelnerka podała mu kawę, a on nalał do niej odrobinę mleka z dzbanuszka i mieszał, przód, tył, nie wydając ani dźwięku przy tym, patrząc bez mrugania na kobietę w oczekiwaniu na jej słowa i jej sprawę.