Nie bardzo umiał rozmawiać z dziećmi, bo unikał dzieci swojego rodzeństwa, dopóki nie odrosły na tyle, aby zaproponować im fajki, gazetki z pornosami i wódkę, o ile nie musiał. Oczywiście, pilnował dzieci swojego rodzeństwa w czasie wakacji, ale oznaczało to mniej więcej tyle, że Brenna, jako trzynastolatka, biegała po Kniei, zdzierając sobie kolana i wracając umorusaną dzikimi jagodami. Więc jak jej pilnował? Cóż. Można powiedzieć tyle, że dobrze, że babcia Longbottom jednak trochę panowała nad dziatwą.
— Przykro mi. Ambitne puzzle, czemu je wybrałaś? — zapytał, zerkając na układankę i sięgając po jeden z puzzli, następnie jednak skierował swoją uwagę na potężnej wagi kocura. Ułożył biały, nierówny kształt na swoje miejsce, doczepiając go do reszty puzzli o podobnie wypłowiałym kolorze. Pasowali do siebie, układanka i Longbottom, będąc krajobrazem zmarzliny i nieurodzaju, śmierci i czasu żałoby, gdy wszystko zasypia pod kołdrą śniegu, bardzo często już na wieki. Dzieci nie powinny myśleć o takim mroku, ale jak tego nie robić, wychowywany podczas wojny. Pamiętał wybuch II Wojny Światowej mugoli i bombardowania Londynu.
— No już, ktoś tu chyba nie dostał smaczka — powiedział zmiękczonym głosem Morpheus, biorąc kota pod przednimi łapkami w górę, aby przełożyć sobie ciężkiego złośnika na kolana, czy ten tego chciał, czy nie i głaskać za uchem. Koniec końców, Karl był tylko i wyłącznie nadmiernie wyszczekanym kotem. Zaczął go głaskać za uchem z wprawą.