16.04.2024, 14:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2024, 14:38 przez Millie Moody.)
Miles podziękowała asystentce i sama bezgłośnie opadła na jeden z zydli. Sięgnęła po swój notes i przekartkowała go, śledząc różne własne przypuszczenia oddzielając je od informacji, które zdobyła do tej pory. W chaosie myśli, w nabazgranych notatkach odnajdowała porządek myśli, właściwą perspektywę dla kilku dodatkowych kółek i strzałek, dla kilku znaków zapytania lekką ręką dodanych, do grubych czarnych kresek, które oddzielały fałszywe tropy.
Motyw zawsze był kluczem.
Nie mam pojęcia, jak ją stąd wynieśli tak, by nie zwrócić uwagi...
Powinna pomyśleć o tym, żeby zrobić rekonesans na zewnątrz, poszukać ludzi, którzy mogliby coś widzieć, przepytać sąsiadów, może jakieś figgowskie koty pałętały się po okolicy. Powinna, ale lśniąca fluorescencyjnie dookoła wypowiedzianego ustami asystentki zdania, nie dawała jej spokoju. Lśniąca myśl o tym, że suknia wcale nie opuściła budynku. Że jest ukryta w jakiejś szafie i czeka, aż pani nigdy-nie-będę-aurorem pociągnie za odpowiednie drzwi.
Stukała piórem o notes, gdy do pokoju wszedł zniecierpliwiony blondyn. Było mu do twarzy z tym grymasem życzliwego uśmiechu, z tym miodem w głosie, za którym próbował ukryć dużo twardsze słowa naglące ją do pracy. Może wolałaby usłyszeć jak laluś przeklilna, może wolałaby aby nie hamował pasji skrytej pod ciasnym gorsetem jego napuszonej pozy.
Językiem zwilżyła usta, na moment zawieszając się na wyobrażeniu, ale wnet zamrugała kilkukrotnie i powróciła uwagą do zanotowanych pytań:
– Chciałabym dowiedzieć się jak wyglądał klucz do pracowni. Czy ten zapasowy wyglądał tak samo? Czy były jakieś charakterystyczne cechy, które pozwalałyby osobie nie wiedzącej jakie jest jego zastosowanie wydedukować to? – stałówka zatrzymała się wgnieciona obok prośby numer jeden, a potem ze zgrzytem przesunęła się do punktu numer dwa – ... oraz chciałabym porozmawiać z pana ojcem panie Rosier. Najlepiej w jego gabinecie, jeśli to możliwe, w pomieszczeniu gdzie był ten zapasowy klucz o którym pan mi wspomniał wcześniej. – Nie uśmiechała, gdy powróciła doń spojrzeniem lśniących dziko miodowych oczu, zaciekawiona, czy jej myśli podążały dobrym tropem odrzucając wszystkie poszlaki, czy w końcu trafi na swoją tłustą mysz.
Motyw zawsze był kluczem.
Nie mam pojęcia, jak ją stąd wynieśli tak, by nie zwrócić uwagi...
Powinna pomyśleć o tym, żeby zrobić rekonesans na zewnątrz, poszukać ludzi, którzy mogliby coś widzieć, przepytać sąsiadów, może jakieś figgowskie koty pałętały się po okolicy. Powinna, ale lśniąca fluorescencyjnie dookoła wypowiedzianego ustami asystentki zdania, nie dawała jej spokoju. Lśniąca myśl o tym, że suknia wcale nie opuściła budynku. Że jest ukryta w jakiejś szafie i czeka, aż pani nigdy-nie-będę-aurorem pociągnie za odpowiednie drzwi.
Stukała piórem o notes, gdy do pokoju wszedł zniecierpliwiony blondyn. Było mu do twarzy z tym grymasem życzliwego uśmiechu, z tym miodem w głosie, za którym próbował ukryć dużo twardsze słowa naglące ją do pracy. Może wolałaby usłyszeć jak laluś przeklilna, może wolałaby aby nie hamował pasji skrytej pod ciasnym gorsetem jego napuszonej pozy.
Językiem zwilżyła usta, na moment zawieszając się na wyobrażeniu, ale wnet zamrugała kilkukrotnie i powróciła uwagą do zanotowanych pytań:
– Chciałabym dowiedzieć się jak wyglądał klucz do pracowni. Czy ten zapasowy wyglądał tak samo? Czy były jakieś charakterystyczne cechy, które pozwalałyby osobie nie wiedzącej jakie jest jego zastosowanie wydedukować to? – stałówka zatrzymała się wgnieciona obok prośby numer jeden, a potem ze zgrzytem przesunęła się do punktu numer dwa – ... oraz chciałabym porozmawiać z pana ojcem panie Rosier. Najlepiej w jego gabinecie, jeśli to możliwe, w pomieszczeniu gdzie był ten zapasowy klucz o którym pan mi wspomniał wcześniej. – Nie uśmiechała, gdy powróciła doń spojrzeniem lśniących dziko miodowych oczu, zaciekawiona, czy jej myśli podążały dobrym tropem odrzucając wszystkie poszlaki, czy w końcu trafi na swoją tłustą mysz.