16.04.2024, 15:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2024, 15:34 przez Basilius Prewett.)
– Nic takiego? – powiedział, niemal drwiąco chociaż w jego głosie dało się usłyszeć zmartwienie. Nic się nie stało Laurent mógł powiedzieć, gdyby szedł gdzieś i się potknął, a nie gdy jego noga była rozwalona, a on sam śmierdział trupem.
– Żywy trup!? – syknął, może nieco za głośno, jednocześnie rzucając spojrzenie w stronę Icarusa, by upewnić się, czy może przypadkiem się nie przesłyszał. – Na Matkę jak ci się w ogóle udało... Skąd... Gdzie... Jak... – Kiedy ostatni raz sprawdzał, to w Londynie żywe trupy nie pojawiały się na każdym kroku i nie drapały przypadkowych przechodniów. Jakim cudem więc Laurentowi udało się wylądować u niego w takim stanie i co takiego robił, że do tego doprowadził? Jak dobrze, że nie byli w Świętym Mungu, kuzyn był jego kuzynem, a nie oficjalnym pacjentem, więc Basilius nie musiał się silić na uprzejmy profesjonalizm.
Na stwierdzenie, że to tylko była krew ponownie spojrzał się na brata w szukaniu kolejnego potwierdzenia, że Laurent naprawdę to powiedział, a nie on tylko się przesłyszał, jednocześnie szybko czyszcząc zaklęciem czerwone plamy z chodnika, na wypadek gdyby przechodnie uznali, że ta tylko krew jest jednak powodem do paniki, a oni kogoś zamordowali.
Dał Icarusowi, wprowadzić rannego do domu, idąc obok na wypadek, gdyby ten potrzebował pomocy, ale gdy był już w progu zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć na Michaela, a potem na drzwi, jakby próbował oszacować, czy abrakasan się w nich zmieści. Nie wypadałoby przecież zostawić go tak na ulicy, gdy dzielnie próbował uratować życie jego kuzynowi. Poza tym zwracałby na siebie uwagę.
– Jeśli chcesz możesz wejść. Tylko uważaj na Oktawiana – rzucił do stworzenia, ręką wskazując na stojące w przedpokoju popiersie Oktawiana Augusta, które służyło im za wieszak na czapki i szaliki. A potem nie ważne, co zadecydował Michael, Basilius ruszył w stronę rannego, by udzielić mu pomocy.
– Daj go do mojego gabinetu – rzucił odruchowo, chociaż zakładał, że Icarus, przyzwyczajony do tego typu sytuacji, doskonale wiedział, gdzie się kierować.
Na słowa o statku po raz trzeci w ciąg ostatnich pięciu minut musiał upewnić się u brata, czy wszystko dobrze słyszał. Jakkolwiek źle, by to teraz zabrzmiało, to żałował, że ich kuzyn nie mógł po prostu wdawać się w bójki w jakis barach. To by było znacznie mniej problematyczne. Westchnął cicho. Dalsze komentowanie tego, pewnie nie miało żadnego sensu, prawda? Zwłaszcza, gdy Laurent był w takim stanie. Chociaż mial nadzieję, że Icarus zada więcej pytań.
– Nie. Nie jest istotne – odpowiedział już nieco spokojniej. – Potrzebuje po prostu wiedzieć czym dostałeś. To tyle.
A potem Laurentowi bardzo szybko udało się ten spokój przegonić.
– Chyba oszalałeś – wyrwało mu się, gdy przekraczali próg gabinetu. – Nie ma mowy, że będziesz robił cokolwiek wieczorem poza wypoczynkiem. Icarusie powiedź mu coś.
– Żywy trup!? – syknął, może nieco za głośno, jednocześnie rzucając spojrzenie w stronę Icarusa, by upewnić się, czy może przypadkiem się nie przesłyszał. – Na Matkę jak ci się w ogóle udało... Skąd... Gdzie... Jak... – Kiedy ostatni raz sprawdzał, to w Londynie żywe trupy nie pojawiały się na każdym kroku i nie drapały przypadkowych przechodniów. Jakim cudem więc Laurentowi udało się wylądować u niego w takim stanie i co takiego robił, że do tego doprowadził? Jak dobrze, że nie byli w Świętym Mungu, kuzyn był jego kuzynem, a nie oficjalnym pacjentem, więc Basilius nie musiał się silić na uprzejmy profesjonalizm.
Na stwierdzenie, że to tylko była krew ponownie spojrzał się na brata w szukaniu kolejnego potwierdzenia, że Laurent naprawdę to powiedział, a nie on tylko się przesłyszał, jednocześnie szybko czyszcząc zaklęciem czerwone plamy z chodnika, na wypadek gdyby przechodnie uznali, że ta tylko krew jest jednak powodem do paniki, a oni kogoś zamordowali.
Dał Icarusowi, wprowadzić rannego do domu, idąc obok na wypadek, gdyby ten potrzebował pomocy, ale gdy był już w progu zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć na Michaela, a potem na drzwi, jakby próbował oszacować, czy abrakasan się w nich zmieści. Nie wypadałoby przecież zostawić go tak na ulicy, gdy dzielnie próbował uratować życie jego kuzynowi. Poza tym zwracałby na siebie uwagę.
– Jeśli chcesz możesz wejść. Tylko uważaj na Oktawiana – rzucił do stworzenia, ręką wskazując na stojące w przedpokoju popiersie Oktawiana Augusta, które służyło im za wieszak na czapki i szaliki. A potem nie ważne, co zadecydował Michael, Basilius ruszył w stronę rannego, by udzielić mu pomocy.
– Daj go do mojego gabinetu – rzucił odruchowo, chociaż zakładał, że Icarus, przyzwyczajony do tego typu sytuacji, doskonale wiedział, gdzie się kierować.
Na słowa o statku po raz trzeci w ciąg ostatnich pięciu minut musiał upewnić się u brata, czy wszystko dobrze słyszał. Jakkolwiek źle, by to teraz zabrzmiało, to żałował, że ich kuzyn nie mógł po prostu wdawać się w bójki w jakis barach. To by było znacznie mniej problematyczne. Westchnął cicho. Dalsze komentowanie tego, pewnie nie miało żadnego sensu, prawda? Zwłaszcza, gdy Laurent był w takim stanie. Chociaż mial nadzieję, że Icarus zada więcej pytań.
– Nie. Nie jest istotne – odpowiedział już nieco spokojniej. – Potrzebuje po prostu wiedzieć czym dostałeś. To tyle.
A potem Laurentowi bardzo szybko udało się ten spokój przegonić.
– Chyba oszalałeś – wyrwało mu się, gdy przekraczali próg gabinetu. – Nie ma mowy, że będziesz robił cokolwiek wieczorem poza wypoczynkiem. Icarusie powiedź mu coś.