Opowiadanie historii komuś, kto był nimi zainteresowany, nie było obowiązkiem - było przyjemnością. Były jednak takie historie, które po prostu źle się opowiadało. Były dziwne, trochę nieprzyjemne, nie było w nich w dodatku niczego ciekawego - były jak ten papierek, którego wyrzucasz z rąk na chodnik i potem przechodzą po nim dziesiątki butów. Nic, co by cię wciągało, nic, co by mogło poruszyć czy rozbawić. Plama pod nogami. Taką opowieścią była opowieść o tym dziwnym losie, do którego odebrania namawiał go znajomy, a potem... aach. Laurent wolał uważać będąc za granicą, bo właśnie - nie brakowało naciągaczy, którzy chętnie żerowaliby na braku wiedzy o tutejszych zwyczajach.
Uwielbiał, kiedy ktoś robił mu śniadania - i nie był to skrzat. Miał do tego ogromną słabość i przekonanie, że takich kochanków mógłby częściej w swoim życiu witać tylko dlatego, jak bardzo za tym przepadał. Za brakiem konieczności budzenia się rano samemu i tym, że ktoś ci zrobi kawę i uśmiechnie do ciebie. Powie proste "dzień dobry". Jego dom nie był tak duży jak rezydencja Prewettów, zimna, ogromna i przepastna, ale nadal miał ten sam efekt. Był pusty. Teraz ciężko było o pustce i spokoju poranka mówić. Isaac podjął temat, o który go zagaił z o wiele większym zaangażowaniem niż by go o to podejrzewał. Nawet nie potrafił strzelić, czy powiedziałby "tak", albo właśnie zaprzeczył, ale pewien był jednego - jego odpowiedź byłaby pełna przekonania. W tym się nie pomylił - źle jedynie ocenił skalę. Bagshot zaczynał się jawić wielkim marzycielem, który miał serce po właściwej stronie. Może nawet aż za bardzo po właściwej. Aż przeszła przez twoją głowę myśl, że powinieneś się od takich jak on trzymać z daleka, żeby znowu nie zostało to przypłacone dramatami.
Bycie obserwowanym mu zupełnie nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Bardzo lubił, kiedy ludzie na niego spoglądali i śledzili jego ruchy. Nawet jeśli właśnie z przyjemnością jadł śniadanie i sam chwilowo skupiał spojrzenie na nim a nie na samym Isaacu. Słuchał jednak z uwagą. Trochę automatycznie przytaknął głową, kiedy powiedział, że przecież koniec końców wszyscy jesteśmy ludźmi. Tak, zgadzał się ze wszystkim, co ten młody mężczyzna powiedział. Albo nie taki młody? Matka Natura z pewnością podzieliła się z nim wspaniałą, ponadczasową urodą. Aż chciało się trzymać jego twarzyczkę w dłoniach i cieszyć oczy jego dołeczkami w policzkach. Zanim jednak jednak dobrze posklejał to, co mógłby odpowiedzieć, padło pytanie, które sprawiło, że widelec wyślizgnął mu się z palców i uderzył o talerz, a on sam otworzył szerzej oczy ze zdziwienia i spojrzał szybko na Isaaca. To nic. Nie było niczego złego w tym pytaniu, to tylko myśl o Aydayi Prewett sprowadzała fałszywe odruchy do jego codzienności. Parę sekund później już zdziwienie spłynęło z jego twarzy jakby nigdy go tam nie było.
- Nie... nie dlatego. - Powiedzenie, że się tego nie wstydzi byłoby kłamstwem. Rzesza nieprzyjemności, która go w życiu spotkała z powodu bycia zwykłą wpadką przygarniętą pod ojcowskie skrzydła była... za duża. I nie ważne, jak mocno się prostował i wypinał pierś - nie mógł tego bronić. - Pytam, ponieważ zgadzam się z panem. A jednak siedzę tutaj i analizuję, czy pożałuję spotkania kolejnego Bagshota na mojej drodze i czy moje zauroczenie w pańskim uśmiechu nie przyniesie mi czegoś złego. - Złapał z powrotem widelec. - Jestem gotów przynieść konsekwencje, jakie stoją za wystawianiem się na cel Śmierciożerców. Tak jak pana słowa tak i to, co zostało napisane w Proroku jest zgodne z tym, co myślę. Natomiast pański kuzyn wybrał złą osobę do pogrywania sobie. - Nawet kiedy o tym myślał to łapała go chłodna złość. Pobielały mu palce od mocniejszego zaciśnięcia na widelcu. Zaraz ten uścisk rozluźnił. - Zaufanie to prawdziwie bezcenna waluta dzisiejszych czasów, kiedy każdy może być po stronie tych terrorystów, nieprawdaż?