16.04.2024, 16:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2024, 16:15 przez Basilius Prewett.)
Nie mógł się nie zgodzić z logiką, że lepiej było mieć zielone ręce, niż twarz. Ręce dało się jeszcze czymś zakryć i się przy tym nie wyróżniać z tłumu. Z twarzą było już znacznie gorzej. Na całe szczęście dzisiaj to raczej nikomu nie groziło.
– Hm? – Uniósł brew, nie do końca rozumiejąc o co jej chodziło. Czyżby nieopacznie powiedział coś niepokojąco miłego, zamiast po prostu pocieszająco miłego? A potem zdziwił się jeszcze bardziej na wzmiankę o Prewettach. – Co masz na myśli?
Może rzeczywiście miała trochę racji, że jego rodzina często wydawała się zjednywać sobie ludzi. Łatwiej było przecież osiągnąć co się chciało, gdy miało się za sobą dużo przyjaciół, a nie wrogów. On sam zawsze starał się być uśmiechnięty, złośliwości zostawiając raczej na własne myśli i bliskie mu osoby. No i na bardzo dziwne przypadki, jakimi była Brenna, ale prawda była taka, że gdyby młoda Longbottom nie była z charakteru taka jaka właśnie była, to jej rozmowy z Basiliusem wyglądałyby zupełnie inaczej. Znacznie bardziej profesjonalnie i z dystansem.
– Zależy – odpowiedział, mając wrażenie, że dał się zakręcić w tej rozmowie. Wiedział natomiast, że na pewno nie chciał dalej wnikać w to czemu powiedział, że przeczytalby o niej opowiadanie. – Zależy czy byłoby to dobrze opisany przypadek medyczny.
A potem wydarzyło się dużo rzeczy na raz.
Basilius skłamałby, gdyby powiedział, że nie spojrzał na panią byłabym bohaterka drugoplanową zaintrygowany, gdy usłyszał jaki rdzeń ma jej różdżka. Octavian natomiast... Octavian natomiast, chyba wciąż przytłoczony tym wszystkim, szybko spojrzał się na nią z zaskoczeniem, niechcący trącając przy tym Basiliusa. A Basilius, który właśnie w tym momencie przelewał skórę Brenny silnym specyfikiem, przez to potrącenie wylał go nieco za dużo, czego za wszelką cenę chciał uniknąć. To się z kolei najwyraźniej nie spodobało ranom Brenny, które musiały zareagować na zwiększoną dawkę eliksiru i w ostatnim buncie przeciwko uzdrowicielom, postanowiły nagle się powiększyć, zafalować, pozielenieć jeszcze bardziej, a potem wreszcie się poddać i ustąpić niemal całkowicie.
– Aaaaa – wykrzyknął Octavian, widząc co się właśnie stało. Teraz był bledszy niż Brenna i Basilius razem wzięci. – Ja... Ja... Na Merlina. To się ruszyło. Ja... Ja... Ja chyba muszę się przewietrzyć. Ta... Zgnilizna. Ona. A potem... – mamrotał, nieco się zataczając i kierując się w stronę drzwi.
– Spokojnie Octavianie. Tak to było nieprzyjemne. – Basilius próbował opanować sytuację, widząc jak student wpada na krzesło i niemal się potyka. – Proszę cię usiądź. Albo rzeczywiście się przewietrz.
Octavian skinął głową, otworzył szybko drzwi, ale było już za późno. Zemdlał w progu. Akurat wpadając na przechodzącego magipielęgniarza, wytrącając mu z ręki tacę z ziołami.
– Spokojnie. Mam go! – wykrzyknął mężczyzna, zanim Basilius w ogóle zdołał zareagować. W przedpokoju zrobiło się zamieszanie i po chwili, omdlały Octavian, był ogarniany przez kilka osób. – Proszę się nie martwić i skupić na pacjencie – dodał wybawca studenta, a potem zatrzasnął Basiliusowi drzwi przed nosem zostawiając go oniemiałego sam na sam ze swoim przekleństwem. Milczał. Po prostu wpatrywał się w drzwi i milczał.
– Hm? – Uniósł brew, nie do końca rozumiejąc o co jej chodziło. Czyżby nieopacznie powiedział coś niepokojąco miłego, zamiast po prostu pocieszająco miłego? A potem zdziwił się jeszcze bardziej na wzmiankę o Prewettach. – Co masz na myśli?
Może rzeczywiście miała trochę racji, że jego rodzina często wydawała się zjednywać sobie ludzi. Łatwiej było przecież osiągnąć co się chciało, gdy miało się za sobą dużo przyjaciół, a nie wrogów. On sam zawsze starał się być uśmiechnięty, złośliwości zostawiając raczej na własne myśli i bliskie mu osoby. No i na bardzo dziwne przypadki, jakimi była Brenna, ale prawda była taka, że gdyby młoda Longbottom nie była z charakteru taka jaka właśnie była, to jej rozmowy z Basiliusem wyglądałyby zupełnie inaczej. Znacznie bardziej profesjonalnie i z dystansem.
– Zależy – odpowiedział, mając wrażenie, że dał się zakręcić w tej rozmowie. Wiedział natomiast, że na pewno nie chciał dalej wnikać w to czemu powiedział, że przeczytalby o niej opowiadanie. – Zależy czy byłoby to dobrze opisany przypadek medyczny.
A potem wydarzyło się dużo rzeczy na raz.
Basilius skłamałby, gdyby powiedział, że nie spojrzał na panią byłabym bohaterka drugoplanową zaintrygowany, gdy usłyszał jaki rdzeń ma jej różdżka. Octavian natomiast... Octavian natomiast, chyba wciąż przytłoczony tym wszystkim, szybko spojrzał się na nią z zaskoczeniem, niechcący trącając przy tym Basiliusa. A Basilius, który właśnie w tym momencie przelewał skórę Brenny silnym specyfikiem, przez to potrącenie wylał go nieco za dużo, czego za wszelką cenę chciał uniknąć. To się z kolei najwyraźniej nie spodobało ranom Brenny, które musiały zareagować na zwiększoną dawkę eliksiru i w ostatnim buncie przeciwko uzdrowicielom, postanowiły nagle się powiększyć, zafalować, pozielenieć jeszcze bardziej, a potem wreszcie się poddać i ustąpić niemal całkowicie.
– Aaaaa – wykrzyknął Octavian, widząc co się właśnie stało. Teraz był bledszy niż Brenna i Basilius razem wzięci. – Ja... Ja... Na Merlina. To się ruszyło. Ja... Ja... Ja chyba muszę się przewietrzyć. Ta... Zgnilizna. Ona. A potem... – mamrotał, nieco się zataczając i kierując się w stronę drzwi.
– Spokojnie Octavianie. Tak to było nieprzyjemne. – Basilius próbował opanować sytuację, widząc jak student wpada na krzesło i niemal się potyka. – Proszę cię usiądź. Albo rzeczywiście się przewietrz.
Octavian skinął głową, otworzył szybko drzwi, ale było już za późno. Zemdlał w progu. Akurat wpadając na przechodzącego magipielęgniarza, wytrącając mu z ręki tacę z ziołami.
– Spokojnie. Mam go! – wykrzyknął mężczyzna, zanim Basilius w ogóle zdołał zareagować. W przedpokoju zrobiło się zamieszanie i po chwili, omdlały Octavian, był ogarniany przez kilka osób. – Proszę się nie martwić i skupić na pacjencie – dodał wybawca studenta, a potem zatrzasnął Basiliusowi drzwi przed nosem zostawiając go oniemiałego sam na sam ze swoim przekleństwem. Milczał. Po prostu wpatrywał się w drzwi i milczał.