Vincent nawet przyzwyczajony do luksusów nie przykładał do tego zbytniej wagi. To co dostał w opuszczonym domostwie było w porządku. Ważne, że będzie miał gdzie odpocząć. Nim wgramolił się do łóżka zapalił jeszcze papierosa przy oknie, które swoją drogą również potrzebowało lekkiej renowacji, a potem odpłynął w krainę snów.
Ciemność otoczyła go z każdej strony, na początku mogłoby się wydawać, że było to normalne, jak się śpi oczy pozostają zamknięte, ale po chwili pojawiło się uczucie pochłaniania, wciągania w tę ciemność tak dziwne, że nie rozumiał co się działo. Ta ciemność wydawała się być namacalna, ciężka i gęsta niczym mgła. Niepokój wkradał się w zakamarki jego świadomości sprawiając, że czuł się zdezorientowany i zagubiony. Jakby błądził w labiryncie. Miał wrażenie, że z tej ciemności docierają do niego szepty, słowa, które nie miały znaczenia, albo były po prostu echem jego myśli i trosk.
Huk wyrwał go z odmętów ciemności, czuł na czole kropelki potu, a pościel zakręciła mu się wokół zbyt długich nóg. Zamrugał kilka razy, przetarł oczy dłońmi i rozejrzał się dookoła. Przez chwilę nie wiedział gdzie był, ani co tu robił. Jedną drobną chwilkę miał ochotę wrócić z głową na poduszki i iść dalej spać, ale usłyszał kolejny hałas, więc już kompletnie rozbudzony napił się wody ze szklanki, którą sobie wcześniej przygotował, naciągnął luźne spodnie i wciągnął buty na stopy. Złapał za różdżkę i ruszył ku źródle hałasu.
– Naprawdę nie macie co robić tylko tłuc się po tej chacie? – zapytał w przestrzeń. Nie mówił za głośno, bo nie wiedział czy to czasem nie jakiś włamywacz, albo może bezdomny, który się tu chował nim przejęła ten dobytek Brenna.