Przyznał jej rację? Ale przecież to ona powinna podjąć taki krok. To jedna z jej ulubionych strategii — odnosić się do kogoś pretensjonalnie i po prostu niegrzecznie, ale w odpowiednim momencie schować na moment miecz, zgodzić się z przeciwnikiem, by go udobruchać. Potem wrócić do ataku, których nie będzie już w stanie odbierać, bo przecież już się z nim zgodziliśmy i o co mu chodzi. Peppa czuła, że tym razem nie wyczuła momentu. Złościła się w środeczku na mężczyznę. Znowu poszło mu lepiej. Oczywiście, a jakby inaczej.
Ona kłótliwa! Oczywiście, że tak. Ale z takimi faktami nie można się otwarcie zgadzać.
— Absolutnie nie widzę tej rozmowy w kategorii kłótni. — Rzuciła w odpowiedzi, starając się zachować dystans i wyimaginowany profesjonalizm. Nie rozumiała, czemu rozmowa z tym mężczyzną była taka ciężka.
Czarownica szybko przekartkowała umysłową bazę nazwisk, ale nie kojarzyła żadnego Muldera. Ani nikogo o imieniu Fox. Cóż to w ogóle za imię? Wyśmiałaby je w duchu, ale zamiast tego złościła się, że personalia rozmówcy są o wiele bardziej eleganckie, tajemnicze i pełniejsze autorytetu, niż jej.
— Penelope Potter. — Odparła bardziej sucho, niż zamierzała. — [b]A lokalizacja moich współlokatorów nie jest w tym momencie istotna.
Widziała, jak mężczyzna emanował pewnością siebie. Był panem tej sytuacji. Nawet, jeśli właściciel przyzna jej prawa do domku, to Fox Mulder był zwycięzcą tej potyczki. Dlaczego musiał być lepszy? I dlaczego w ogóle tak uważała? Zacisnęła wargi. Czy powinna go pospieszyć? A może spodziewał się, że z nim pójdzie? To niech się spodziewa, ona będzie tutaj stała, dopóki nie wyjdzie. Pochmurna, ze splecionymi rękoma na piersi i strzelajaca błyskawicami z oczu.