Kto pierwszy odwróci wzrok – ten przegra? Jeśli był to jakiś niepisany konkurs, to z pewnością Ginny właśnie brała w nim udział. A że uwielbiała wygrywać, to nie zamierzała spuścić wzroku z Isaaca, tym bardziej, że przy okazji mogła się napatrzeć; na jego reakcje, małe gesty, mimikę… Poza tym był miły dla oka.
– Nie tyle na magii bezróżdżkowej, co na pierwotnym aspekcie magii – ale to prawda, że uczono tam, jak korzystać z magii bez pomocy różdżki. To, że Guinevere jednak takiej używała, to był jej własny wybór podyktowany praktycznością. Z Uagadou wywodziło się jednak znacznie więcej animagów, niż z każdej innej szkoły magii na świecie i miało to swoje odzwierciedlenie w nauce. – Zaręczam, że różdżka również ma swoje korzyści – na przykład precyzję działania, co w pracy jako uzdrowiciel było właściwie niezbędne, jeśli nie chciało się komuś zrobić krzywdy większej, niż już się zadziała.
Słuchała go uważnie, kilka razy nawet pokiwała głową i już miała go zapytać o ruiny w Norwegii czy znacznie im teraz bliższej Irlandii, lecz nie zdążyła – bo stary czarodziej pojawił się w drzwiach i przerwał im tę miłą pogawędkę zapoznawczą.
Kto pierwszy przerwał kontakt wzrokowy? Nie umiała powiedzieć, bo zdążyła zapomnieć o tej niewypowiedzianej rywalizacji, która działa się tylko w jej własnej głowie. Morrisa zlustrowała od stóp do czubka kapelusza i przywitała się krótkim skinieniem głowy, po czym ruszyła przodem, tak jak zaproponował to Isaac. Rozglądała się z ciekawością na boki, notując w głowie, że na dom musiano użyć jakiegoś silnego zaklęcia transmutacyjnego, zwiększająco-zmniejszającego, skoro w środku był dużo większy, niż z zewnątrz – ale była to obserwacja kogoś, kto miał prawdziwą łatwość w zaklęciach transmutacji i był niemalże ekspertem. Kurz i wilgoć, jaką wyczuwała, kojarzyła jej się z jakimś starym grobowcem, albo świeżo odkrytymi ruinami. W salonie okręciła się wokół własnej osi, lecz nigdzie nie usiadła.
– Guinevere McGonagall – przedstawiła się i z zaintrygowaniem przyglądała się nodze od stołu. Cóż – z pewnością była magiczna, tego jednego nie dało się nie zauważyć. Ale czy była to noga od tego stołu? Ginny miała pewną wątpliwość co do tego, czy okrągły stół króla Artura sobie sam chodził po sali zamkowej. To znaczy to była jej pierwsza myśl, że to noga od tamtego stołu, skoro chodziło o króla Artura. – Chodzi za panem, czy po prostu krąży i stuka?
Ugryzła się też w język, gdy mężczyzna powiedział, że kielich spowodował opryszczkę. Ona nigdy nie zniżyłaby się do używania takich artefaktów, bezcennych przedmiotów historii, nalewając sobie wino, albo znając Anglików – piwo kremowe do kielicha by z nich pić… Opryszczka… cóż. Była lekarzem, mogła na to spojrzeć, ale póki co uważała, że Steven powinien sobie jeszcze trochę pocierpieć, nawet jeśli kielich nie był żadnym oryginałem, a niezbyt zabawnym żartem.
– A miecz? Co właściwie robił, że musiał go pan zamknąć? – zapytała, opierając ciężar ciała na jednej nodze i przyglądając się tej śmiesznej nodze. Zaraz ją jednak zbyła i podeszła do skrzyni wskazanej przez starca. Wyciągnęła własną różdżkę, by z odległości otworzyć jej wieko; wolała przypadkiem nie dotknąć czegoś, czego nie powinna… – Od jak dawna utrzymuje się ta opryszczka? – zapytała jednak, nie mogąc powstrzymać zawodowej ciekawości.
Kątem oka spoglądała też na Isaaca, ciekawa co on na ten temat myślał.