Śmierć była bliżej, niż się wydawało. Victoria czuła jej świszczący oddech na karku, lecz wcale nie robiło jej się od tego zimniej – i bez tego potrafiła się momentami trzęść z zimna jak osika na wietrze, bez możliwości ogrzania się choćby na chwilę. Nawet teraz, gdy te promienie słońca prześwitały przez zielone liście drzew, okalając jej twarz, to tego ciepła nie czuła. Czy raczej czuła, ale było to takie widmo niebędące w stanie jej ogrzać. Ile miała czasu? Czy zapadnięcie w hibernację by tę ilość wydłużyło? Czy jej ciało do takiej hibernacji się przygotowywało, obniżając swoją temperaturę…? Lecz gdy oddychała, z jej ust nie wydobywał się żaden obłok pary wodnej w widocznej formie, jak to się działo na przykład w zimie, gdy oddychamy na dworze. Nie chciała się żegnać z tym światem i życiem, uważała, że miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia… Że była stworzona do rzeczy większych, niż smutnego skończenia się, po dość nieopatrznym wejściu w samą bramę piekielną i wykrzywione czeluścią Limbo. Ale o śmierci starała się nie myśleć. Dzisiaj też nie miała królować ta największa z dam, która czasami sobie o kimś zapominała, pozwalając mu przeżyć do starczych dni, choć był największą mątwą społeczeństwa. Niby nie gardziła nikim, wszak każdy umierał, a jednak nie do końca równo. Niektórzy przed swym końcem bardzo cierpieli, niektórzy odchodzili zbyt szybko… a niektórzy zbyt późno.
Voldemort byłby przykładem kogoś, kto odszedł zbyt późno, skoro nadal dychał i mącił w tym świecie, i to za jego sprawą ona i Laurent znaleźli się w tym parku. Nie do końca na stopie prywatnej i przyjacielskiej, bo w to wszystko wmieszana była teraz praca, a główną jej osią w przypadku Victorii, było tropienie czarnoksiężników. A Czarny Pan z pewnością czarnoksiężnikiem był. I to największym tych czasów – z tym mogła się zgodzić. Klątwa, którą z łatwością rzucił na Mavelle, a która przeniosła się z Limbo aż tutaj… Zachwianie równowagą życia i śmierci, zabawa tą przenikającą się zasłoną pomiędzy ich światem, a Limbo… Ktoś mniejszego kalibru by nie mógł tego wszystkiego dokonać.
– Lepiej nie. Nie ufałabym sobie i temu co wtedy robię – na szczęście nigdy nie przejawiała objawów lunatykowania. Po prostu przewracała się w łóżku, nie potrafiąc zmrużyć oka, nawet bardzo zmęczona, aż w końcu udało jej się zasnąć snem przerywanym. Działały różne kadzidła, niektóre potrawy, podobno niektórym pomagała terapia, ale pod ręką Victorii najbliżej były eliksiry. Póki co nie czuła efektów uzależnienia, ale też nie takie było podłoże jej bezsenności, że uzależniła się od nich, więc nie mogła spać. Była na odwrót: nie mogła spać, więc musiała je zażywać, by normalnie funkcjonować. Chociaż czasami była tak wymęczona, że padała jak mucha nawet bez nich. – Wiem. Ale radzisz sobie? – tak, wiedziała to, bo to nie była dla niej pierwsza taka sytuacja. Victoria niewiele o tym mówiła, ale było coś, co już dawno kazało jej kwestionować oblicze wielu osób. – Pamiętasz Drake’a? – zapytała ni stąd ni zowąd, zagajając o jej pierwszego byłego narzeczonego. Była pewna, że Laurent pamiętał, bo tamten mężczyzna wdał się we znaki nawet jemu. Swoją głupotą rzecz jasna. – Byłam wtedy wezwana na akcję, nad mugolskim domem widniał znak, wszystko było rozwalone, było już po wszystkim. Mój mentor rzucił się w pościg i kazał mi się zająć rannymi. Oczywiście żadnych rannych nie było, wyciągnęliśmy spod gruzów trzy ciała. Obejrzeli je w prosektorium, dwójka to byli mugole, jeden to był czarodziej. I był to Drake. Nie sądzę, że to był wypadek. Bo niby co miał robić w mugolskim domu? On? Wielki czystokrwisty, który robił wszystko, co powie mamusia? – nikt nie powiedział tego wtedy oficjalnie, ale Victoria czuła… Czuła, że Drake miał coś wspólnego z tamtym atakiem, ze Śmierciożercami. Może na pewien sposób był to wypadek… a może zginął tam całkowicie nieprzypadkowo. Wcześniej jednak nawet by nie pomyślała, że Drake, ten kretyn, i Śmierciożercy, ale potem… Co jeśli? – Wiem, że to niełatwe. Czasami nie chce się uwierzyć w niektóre rzeczy – albo, że niektórzy ludzie mogą się okazać nie tymi, na których się kreowali, i to w tak drastyczny sposób. Kto, jak nie ona, miałby o tym wiedzieć? Wyciągnęła zimne dłonie do ręki Laurenta, by złapać go za dłoń, zamknąć w bezpiecznym uścisku jej lodowatego dotyku. Zimnego, ale czułego, zmartwionego. Przyniósł listy… to już coś. Victoria jednak obawiała się, że to może sięgać głębiej, niekoniecznie gdzieś, gdzie w ogóle chciał sięgać. Zresztą takie były słowa Harper, która dała jej to zadanie: że najciemniej jest pod latarnią i być może w niebezpieczną sytuację wprowadził go ktoś… bliski. Pozornie bliski. Bo ciężko podejrzewać kogoś, komu się ufa – i akurat tutaj Moody miała rację. Victoria przez moment nic nie mówiła, po prostu trzymała go za rękę, o ile Laurent jej nie zabrał.
– A chciałbyś, żeby zajmował się tym ktoś inny? – żeby ktoś inny prześwietlał jego towarzystwo? Żeby ktoś inny czytał jego listy nieoficjalnie? Ktoś inny mógłby nie być tak delikatny jak ona. Ktoś inny mógłby w to życie Laurenta, tylko pozornie poukładane, wpaść z buciorami i nie zważać na nic innego. – Listy to już coś, ale ja się nie zatrzymam na listach. To zbyt poważna sprawa, by ją traktować po macoszemu – no i… ocena Laurenta mogła być przydatna, ale być też bardzo niewiarygodna. Nie dlatego, że chciałby coś ukryć, a dlatego, że jemu trudno byłoby na swoje otoczenie spojrzeć obiektywne i na chłodno. – Dwa razy ktoś kręcił się na twoim terenie, a do tego raz w tak dziwaczny sposób. Nie chcę twojej krzywdy, w żadnym wydaniu – powiedziała to znacznie ciszej, niby jakieś magiczne zaklęcie – nie czarowała jednak rzeczywistości, a zwyczajnie mówiła prosto z serca. – Wiesz, że twoja ocena może być trochę zaburzona? – wiedział, na pewno wiedział. Chciała jednak, by to usłyszał od niej na głos. Starała się jednak nie brzmieć ostro, bo jej słowa nie miały być żadnym mieczem, to nie była walka, a raczej chciała Laurenta do niej przygotować i go uzbroić.