16.04.2024, 23:28 ✶
Mimo bycia przepełnionym strachem, Flynn zdawał się znów uspokajać - reagował na dotyk w podobny sposób co dzieci przytulające się do swoich rodziców w poszukiwaniu bliskości, ale była w tym niemożliwa do pominięcia, silna nuta bycia najzwyczajniej w świecie wyuzdanym. Pewnie nie mieli szansy się zrozumieć. Posiadanie władzy nad cudzym życiem brzmiało dla niego wręcz abstrakcyjnie - bo po co? Potrafił zachowywać się jak upiór i prowokować innych do różnych zachowań, ale to nie znaczyło przecież, że chciał mieć nad nimi jakąś kontrolę.
Poświęcał się w imię ich marzeń i uciekał do robienia idiotyzmów, bo wbrew temu co mówił i myślał... chciał być wybrany. Bycie obrzydliwym manipulantem nie wiązało się jeszcze z potrzebą władzy.
- I pozwalasz pieskom spać ze sobą w łóżku? - Niby ciągnął ten żart, ale widać po nim było, że myśli już o czymś innym, o czymś poważniejszym. Zmęczona głowa przemykała pomiędzy różnymi tematami - krążyła głównie wokół tego, do czego Prewett mógł chcieć go wykorzystać. Pewnie do niczego mniej wybrednego, o co poprosił Fontaine ostatnio. Nie dziwiło go to wcale. Nikt nie miał go przecież nigdy za smutnego człowieka, nikt nie zauważał smutku, widzieli dopiero ten moment pęknięcia - gniew ubierający cię w szaty złej osoby. A kiedy już miałeś je na sobie, sam zaczynałeś w to wierzyć. - Masz na pieńku z połową Podziemi, Lordem Voldemortem i nie masz dobrych zabezpieczeń na drzwiach... - Zmarszczył nos. To była jakaś cecha ładnych chłopców? Czy naprawdę musiał przekonać do przeprowadzki albo zmiany nastawienia kolejnego z nich? - Dobrze wiesz, że go nie zjem - odpowiedział mu, zatapiając palce w srebrnych włosach - i że jak się obudzę, to wrócę do kogoś innego. - Przesuwał je po głowie Laurenta, powoli i delikatnie, może nawet zbyt delikatnie jak na siebie. Poprawił też swoje ułożenie. W taki sposób, jakby chciał stać się dla niego... wygodnym. Nie było to do końca łatwe, kiedy wciąż zaciskał rękę na udzie, ale skoro ktokolwiek nadał mu jakiś cel, durnym byłoby pozwolić mu obudzić się z trupem.
To był jego paradoks. Codzienne życzenie sobie śmierci, a jednak unikanie jej od ponad trzydziestu lat. Czy to znaczyło, że jeszcze istniała w nim jakaś nadzieja? Na pewno żyła w nim miłość, ale ona nie wystarczała, skoro zachowywał się w taki sposób. Poza tym ktoś kto tak silnie odznaczał się w sercach innych, nie mógł marzyć o całkowitym zniknięciu, a tak Flynn postrzegał wszystkich samobójców - jako jednostki potrzebujące permanentnego wymazania swojej egzystencji, a przecież... gdyby naprawdę się im przyjrzał... wiedziałby, że duża część samobójców posiadała wcześniej normalne życia, które przed swoim odejściem starannie porządkowała, nie chcąc pozostawić po sobie bałaganu. Usuwali się z codzienności osób, na których im zależało, pisali im pożegnalne listy.
Ten paradoks właśnie tworzył pętlę na jego szyi. Jeżeli nie chcesz żyć, ale jednocześnie nie do końca nie chcesz istnieć, to czemu się oddasz? Przestaniesz egzystować samodzielnie. Tempa zaczną nadawać ci inni ludzie. Nie zabijesz się, bo jak Alexander poradzi sobie z cyrkiem, jeżeli nie będziesz jego cieniem? Nie zabijesz się, bo wtedy zabije się Cain. Nie zabijesz się, bo ten głupek leżący obok ciebie jeszcze cię potrzebował. Inni powiedzieliby pewnie - nie zabiję się, bo nie chcę skrzywdzić swojej rodziny, ale on tej rodziny nie miał. Szukał więc sensu w innych. W toksycznej zależności. Kiedy ktoś mówił ci, co masz robić, nie musisz poszukiwać celu - w jego ramiona pchał cię zwyczajny popęd śmierci - oferowali ci największy skarb, jaki tylko mogli - ulgę od ciężaru egzystencji. Nigdy nie dorósł do samodzielności.
I kochał ich. Tak bardzo kochał ludzi, dzięki którym nie musiał cierpieć, przypominając sobie, jak bezcelowe było przeżycie kolejnego dnia, kiedy nie było ich obok. Mógł wymyślać kolejne skecze dla niesamowitego The Edga, mógł planować kolejne durne wycieczki w nieznane, gdzie jego ukochany poczucie się sobą i odpocznie od codzienności, w której musiał udawać, mógł odgryźć komuś rękę, chociaż osobiście preferowałby odcięcie jej nożem. I tak nigdy nie lubił ani Dantego, ani popleczników tego chorego na łeb czarnoksiężnika. W tym jednym mogli być z Laurentem zgodni.
- Ale będę szczęśliwy, mogąc ci pomóc, możesz na mnie leżeć tak długo jak masz na to ochotę.
To dobrze i źle, że nie spoglądał na pościel. Dobrze, bo nawet w świetle sztucznego księżyca krew, która zdążyła wsiąknąć w kołdrę, zrobiła się czarna. Nie musiał tego pamiętać. Źle, bo gdyby zadarł głowę, zdałby sobie sprawę z tego, że blizny Crowa były niemalże niewidoczne, kiedy tańczyło po nich morze gwiazd.
- Słodkich snów.
Może wtedy spotkają się znowu i nie będzie to obarczone tak wielkim, niewypowiedzianym głośno cierpieniem.
Poświęcał się w imię ich marzeń i uciekał do robienia idiotyzmów, bo wbrew temu co mówił i myślał... chciał być wybrany. Bycie obrzydliwym manipulantem nie wiązało się jeszcze z potrzebą władzy.
- I pozwalasz pieskom spać ze sobą w łóżku? - Niby ciągnął ten żart, ale widać po nim było, że myśli już o czymś innym, o czymś poważniejszym. Zmęczona głowa przemykała pomiędzy różnymi tematami - krążyła głównie wokół tego, do czego Prewett mógł chcieć go wykorzystać. Pewnie do niczego mniej wybrednego, o co poprosił Fontaine ostatnio. Nie dziwiło go to wcale. Nikt nie miał go przecież nigdy za smutnego człowieka, nikt nie zauważał smutku, widzieli dopiero ten moment pęknięcia - gniew ubierający cię w szaty złej osoby. A kiedy już miałeś je na sobie, sam zaczynałeś w to wierzyć. - Masz na pieńku z połową Podziemi, Lordem Voldemortem i nie masz dobrych zabezpieczeń na drzwiach... - Zmarszczył nos. To była jakaś cecha ładnych chłopców? Czy naprawdę musiał przekonać do przeprowadzki albo zmiany nastawienia kolejnego z nich? - Dobrze wiesz, że go nie zjem - odpowiedział mu, zatapiając palce w srebrnych włosach - i że jak się obudzę, to wrócę do kogoś innego. - Przesuwał je po głowie Laurenta, powoli i delikatnie, może nawet zbyt delikatnie jak na siebie. Poprawił też swoje ułożenie. W taki sposób, jakby chciał stać się dla niego... wygodnym. Nie było to do końca łatwe, kiedy wciąż zaciskał rękę na udzie, ale skoro ktokolwiek nadał mu jakiś cel, durnym byłoby pozwolić mu obudzić się z trupem.
To był jego paradoks. Codzienne życzenie sobie śmierci, a jednak unikanie jej od ponad trzydziestu lat. Czy to znaczyło, że jeszcze istniała w nim jakaś nadzieja? Na pewno żyła w nim miłość, ale ona nie wystarczała, skoro zachowywał się w taki sposób. Poza tym ktoś kto tak silnie odznaczał się w sercach innych, nie mógł marzyć o całkowitym zniknięciu, a tak Flynn postrzegał wszystkich samobójców - jako jednostki potrzebujące permanentnego wymazania swojej egzystencji, a przecież... gdyby naprawdę się im przyjrzał... wiedziałby, że duża część samobójców posiadała wcześniej normalne życia, które przed swoim odejściem starannie porządkowała, nie chcąc pozostawić po sobie bałaganu. Usuwali się z codzienności osób, na których im zależało, pisali im pożegnalne listy.
Ten paradoks właśnie tworzył pętlę na jego szyi. Jeżeli nie chcesz żyć, ale jednocześnie nie do końca nie chcesz istnieć, to czemu się oddasz? Przestaniesz egzystować samodzielnie. Tempa zaczną nadawać ci inni ludzie. Nie zabijesz się, bo jak Alexander poradzi sobie z cyrkiem, jeżeli nie będziesz jego cieniem? Nie zabijesz się, bo wtedy zabije się Cain. Nie zabijesz się, bo ten głupek leżący obok ciebie jeszcze cię potrzebował. Inni powiedzieliby pewnie - nie zabiję się, bo nie chcę skrzywdzić swojej rodziny, ale on tej rodziny nie miał. Szukał więc sensu w innych. W toksycznej zależności. Kiedy ktoś mówił ci, co masz robić, nie musisz poszukiwać celu - w jego ramiona pchał cię zwyczajny popęd śmierci - oferowali ci największy skarb, jaki tylko mogli - ulgę od ciężaru egzystencji. Nigdy nie dorósł do samodzielności.
I kochał ich. Tak bardzo kochał ludzi, dzięki którym nie musiał cierpieć, przypominając sobie, jak bezcelowe było przeżycie kolejnego dnia, kiedy nie było ich obok. Mógł wymyślać kolejne skecze dla niesamowitego The Edga, mógł planować kolejne durne wycieczki w nieznane, gdzie jego ukochany poczucie się sobą i odpocznie od codzienności, w której musiał udawać, mógł odgryźć komuś rękę, chociaż osobiście preferowałby odcięcie jej nożem. I tak nigdy nie lubił ani Dantego, ani popleczników tego chorego na łeb czarnoksiężnika. W tym jednym mogli być z Laurentem zgodni.
- Ale będę szczęśliwy, mogąc ci pomóc, możesz na mnie leżeć tak długo jak masz na to ochotę.
To dobrze i źle, że nie spoglądał na pościel. Dobrze, bo nawet w świetle sztucznego księżyca krew, która zdążyła wsiąknąć w kołdrę, zrobiła się czarna. Nie musiał tego pamiętać. Źle, bo gdyby zadarł głowę, zdałby sobie sprawę z tego, że blizny Crowa były niemalże niewidoczne, kiedy tańczyło po nich morze gwiazd.
- Słodkich snów.
Może wtedy spotkają się znowu i nie będzie to obarczone tak wielkim, niewypowiedzianym głośno cierpieniem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.