17.04.2024, 08:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 17:03 przez Król Likaon.)
Brenna usłyszała hałas, ponieważ nie spała, a leżała zwinięta w wilczej postaci na starej kanapie w salonie na dole.
Księżycowy Staw był miejscem na uboczu, zapomnianym przez świat czarodziejów, a jego adres znały wyłącznie osoby, które teleportowały się tutaj rankiem oraz, rzecz jasna, Dumbledore. A jednak brak ochronnych zaklęć i świadomość, że ten dom krył nieco więcej niespodzianek niż początkowo zakładali, nie pozwoliły jej po prostu spokojnie zasnąć.
Gdyby ktoś zakradł się tutaj tej nocy, mógłby usunąć połowę Zakonu Feniksa. Nigdy by się nie obudzili.
Ta myśl skutecznie powstrzymała Brennę przed snem. Czuwała zamiast tego, w postaci, w której dźwięki i zapachy były wyraźniejsze, łatwiejsze do wychwycenia, a ciemność, panująca w ciemnym, pustym salonie, zdawała się mniej nieprzenikniona. W miejscu, które musiałby minąć każdy (i wszystko), co chciałoby dostać się na górę, gdzie śnili pozostali. Rodzina Juliusów spoglądała na nią z portretu na ścianie, wszyscy milczący i nieruchomi, nietypowo dla czarodziejskich obrazów. Światło księżyca wpadało przez szyby, wyczyszczone za dnia, kładąc się plamą na podniszczonym parkiecie. Jeśli byłaby teraz człowiekiem, pewnie byłaby przygnębiona, nie mogąc powstrzymać myśli o upadku rodziny Juliusów, i o tym, jak pusty zdawał się ten dom - tą dziwną pustką, której na razie nie mogła wypełnić ich obecność, wynikającą ze śladów bytności dawnych panów tego miejsca. Ze świadomości ich smutnego końca.
Jako wilk jednak nie zastanawiała się nad tym, a samotność w ciemnościach nie była w żaden sposób straszna.
Gdy usłyszała hałas, dobiegający gdzieś od strony biblioteki, błyskawicznie zeskoczyła z kanapy, i skierowała się w stronę przejścia do biblioteki, najpierw węsząc, próbując pochwycić zapach – choć mięśnie napięły się odruchowo, bo przecież wiedziała, że wszyscy weszli już na górę, zajęli te sypialnie, które się do tego nadawały. Nie spała: nikt z nich nie powinien przejść tuż obok niezauważony. Najwyraźniej jednak kogoś jeszcze obudził hałas, bo najpierw usłyszała kroki na schodach, chwilę później pochwyciła znajomy zapach, a potem odezwał się Vincent.
Warknęła cicho, po czym zmieniła się: miejsce wilczycy zajęła Brenna. W pełni ubrana, w długą, zbyt luźną, wyblakłą koszulkę i getry, choć nie był to ten sam strój, co wczoraj, ponieważ tamten pokrył kurz i smugi brudu po tym, jak sprzątała w jednym z pomieszczeń, walcząc nie tylko z brudem, ale i z bahankami, które zagnieździły się w jednej z zasłon. W dłoni ściskała różdżkę.
– Wszyscy poza nami są na górze – powiedziała, odruchowo zniżając głos. – W bibliotece były boginy. Może jakiegoś przegapiono – mruknęła, po czym powoli ruszyła w tamtym kierunku. Początkowo szła powoli, starając się nie robić hałasu, ale kolejny huk, dość głośny sprawił, że przyspieszyła. Nie zapalała na razie światła.
Biblioteka na pierwszy rzut oka była pusta. Ale książki z jednego z regałów zostały zrzucone, z całej półki, w taki sposób, że nie było mowy, aby spadły po prostu same – leżały teraz porozrzucane po całej podłodze. I Vincent znał się na magicznych istotach dostatecznie, by wiedzieć, że boginy na pewno nie robią takich rzeczy.
Księżycowy Staw był miejscem na uboczu, zapomnianym przez świat czarodziejów, a jego adres znały wyłącznie osoby, które teleportowały się tutaj rankiem oraz, rzecz jasna, Dumbledore. A jednak brak ochronnych zaklęć i świadomość, że ten dom krył nieco więcej niespodzianek niż początkowo zakładali, nie pozwoliły jej po prostu spokojnie zasnąć.
Gdyby ktoś zakradł się tutaj tej nocy, mógłby usunąć połowę Zakonu Feniksa. Nigdy by się nie obudzili.
Ta myśl skutecznie powstrzymała Brennę przed snem. Czuwała zamiast tego, w postaci, w której dźwięki i zapachy były wyraźniejsze, łatwiejsze do wychwycenia, a ciemność, panująca w ciemnym, pustym salonie, zdawała się mniej nieprzenikniona. W miejscu, które musiałby minąć każdy (i wszystko), co chciałoby dostać się na górę, gdzie śnili pozostali. Rodzina Juliusów spoglądała na nią z portretu na ścianie, wszyscy milczący i nieruchomi, nietypowo dla czarodziejskich obrazów. Światło księżyca wpadało przez szyby, wyczyszczone za dnia, kładąc się plamą na podniszczonym parkiecie. Jeśli byłaby teraz człowiekiem, pewnie byłaby przygnębiona, nie mogąc powstrzymać myśli o upadku rodziny Juliusów, i o tym, jak pusty zdawał się ten dom - tą dziwną pustką, której na razie nie mogła wypełnić ich obecność, wynikającą ze śladów bytności dawnych panów tego miejsca. Ze świadomości ich smutnego końca.
Jako wilk jednak nie zastanawiała się nad tym, a samotność w ciemnościach nie była w żaden sposób straszna.
Gdy usłyszała hałas, dobiegający gdzieś od strony biblioteki, błyskawicznie zeskoczyła z kanapy, i skierowała się w stronę przejścia do biblioteki, najpierw węsząc, próbując pochwycić zapach – choć mięśnie napięły się odruchowo, bo przecież wiedziała, że wszyscy weszli już na górę, zajęli te sypialnie, które się do tego nadawały. Nie spała: nikt z nich nie powinien przejść tuż obok niezauważony. Najwyraźniej jednak kogoś jeszcze obudził hałas, bo najpierw usłyszała kroki na schodach, chwilę później pochwyciła znajomy zapach, a potem odezwał się Vincent.
Warknęła cicho, po czym zmieniła się: miejsce wilczycy zajęła Brenna. W pełni ubrana, w długą, zbyt luźną, wyblakłą koszulkę i getry, choć nie był to ten sam strój, co wczoraj, ponieważ tamten pokrył kurz i smugi brudu po tym, jak sprzątała w jednym z pomieszczeń, walcząc nie tylko z brudem, ale i z bahankami, które zagnieździły się w jednej z zasłon. W dłoni ściskała różdżkę.
– Wszyscy poza nami są na górze – powiedziała, odruchowo zniżając głos. – W bibliotece były boginy. Może jakiegoś przegapiono – mruknęła, po czym powoli ruszyła w tamtym kierunku. Początkowo szła powoli, starając się nie robić hałasu, ale kolejny huk, dość głośny sprawił, że przyspieszyła. Nie zapalała na razie światła.
Biblioteka na pierwszy rzut oka była pusta. Ale książki z jednego z regałów zostały zrzucone, z całej półki, w taki sposób, że nie było mowy, aby spadły po prostu same – leżały teraz porozrzucane po całej podłodze. I Vincent znał się na magicznych istotach dostatecznie, by wiedzieć, że boginy na pewno nie robią takich rzeczy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.