17.04.2024, 11:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2024, 11:57 przez Bard Beedle.)
Bard prowadzony przez Brennę.
Gdzieś we krwi Trelawneyów płynął nie tylko dar trzeciego oka, ale też coś więcej - przedziwna magia, która sprawiała, że niekiedy świat wokół nich zwijał się, zmieniał... a może tylko przecierał się, tak że spoglądali przez tę rzeczywistość na coś, co tkwiło poza nią.
Na inny świat?
Odbicie tego świata?
Może wisielec był wytworem niespokojnego umysłu, może zwidem, wywołanym zmęczeniem i grą świateł, a może obraz wkradł się pod powieki, bo Millie Moody przez chwilą spoglądała ku limbo. Znikł jednak tak szybko, jak się pojawił, i był tylko Las Wisielców, o tej porze roku jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Drzewa, pozbawione liści, gałęzie, zamarłe w bezruchu, bo nawet wiatr przestał wiać i śnieg, chrzęszczący pod stopami, wsypujący się do butów. Niebo, szare, jak posypane popiołem. Mróz, szczypiący w policzki. Światło, coraz bledsze, w miarę jak słońce, skryte gdzieś zza chmurami, coraz bardziej się zniżało. Coraz więcej cieni.
Cisza.
A potem spomiędzy drzew wyłoniła się postać w łachmanach. Pojawiła się tak nagle, że równie dobrze jak nadejść niezauważona, mogła zmaterializować się za sprawą magii. W jednej chwili Millie była sama, w kolejnej mrugnęła, w następnej – widziała kobietę o ciemnych włosach, wyłaniającą się spomiędzy drzew. Przez chwilę mogło się zdawać, że i ona jest kolejnym widziadłem, jak wisielec na gałęzi, rozczochrana, odziana w szmaty, otoczona przez cienie, gęstniejące wraz ze zmierzchem. W dłoni – nagiej, bez rękawiczek, bardzo bladej, w taki mróz łatwo mogła w ten sposób dorobić się odmrożenia, o ile była prawdziwa, trzymała uchwyt starej klatki. Siedział w niej wielki ptak, w którym ktoś obeznany z wiedzą przyrodniczą bardziej niż panna Moody, mógłby rozpoznać lelka wróżebnika.
Ptak zwrócił ku Millie paciorkowate oczy i z jego gardła wydobył się skrzek, tak głośny, że nie było już wątpliwości – żadne widziało z limbo, byli tu naprawdę, dziwna kobieta odziana w ciemne szmaty, i lelek w klatce.
W sposobie, w jaki zwróciła głowę ku Millie, też było coś dziwnie ptasiego, podobnie jak w jej ciemnych oczy.
– Stanie na twojej drodze trzy razy, jeszcze nim wzejdzie słońce.
Gdzieś we krwi Trelawneyów płynął nie tylko dar trzeciego oka, ale też coś więcej - przedziwna magia, która sprawiała, że niekiedy świat wokół nich zwijał się, zmieniał... a może tylko przecierał się, tak że spoglądali przez tę rzeczywistość na coś, co tkwiło poza nią.
Na inny świat?
Odbicie tego świata?
Może wisielec był wytworem niespokojnego umysłu, może zwidem, wywołanym zmęczeniem i grą świateł, a może obraz wkradł się pod powieki, bo Millie Moody przez chwilą spoglądała ku limbo. Znikł jednak tak szybko, jak się pojawił, i był tylko Las Wisielców, o tej porze roku jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Drzewa, pozbawione liści, gałęzie, zamarłe w bezruchu, bo nawet wiatr przestał wiać i śnieg, chrzęszczący pod stopami, wsypujący się do butów. Niebo, szare, jak posypane popiołem. Mróz, szczypiący w policzki. Światło, coraz bledsze, w miarę jak słońce, skryte gdzieś zza chmurami, coraz bardziej się zniżało. Coraz więcej cieni.
Cisza.
A potem spomiędzy drzew wyłoniła się postać w łachmanach. Pojawiła się tak nagle, że równie dobrze jak nadejść niezauważona, mogła zmaterializować się za sprawą magii. W jednej chwili Millie była sama, w kolejnej mrugnęła, w następnej – widziała kobietę o ciemnych włosach, wyłaniającą się spomiędzy drzew. Przez chwilę mogło się zdawać, że i ona jest kolejnym widziadłem, jak wisielec na gałęzi, rozczochrana, odziana w szmaty, otoczona przez cienie, gęstniejące wraz ze zmierzchem. W dłoni – nagiej, bez rękawiczek, bardzo bladej, w taki mróz łatwo mogła w ten sposób dorobić się odmrożenia, o ile była prawdziwa, trzymała uchwyt starej klatki. Siedział w niej wielki ptak, w którym ktoś obeznany z wiedzą przyrodniczą bardziej niż panna Moody, mógłby rozpoznać lelka wróżebnika.
Ptak zwrócił ku Millie paciorkowate oczy i z jego gardła wydobył się skrzek, tak głośny, że nie było już wątpliwości – żadne widziało z limbo, byli tu naprawdę, dziwna kobieta odziana w ciemne szmaty, i lelek w klatce.
W sposobie, w jaki zwróciła głowę ku Millie, też było coś dziwnie ptasiego, podobnie jak w jej ciemnych oczy.
– Stanie na twojej drodze trzy razy, jeszcze nim wzejdzie słońce.