Jeśli on uważał, że jego serce należy do puszczy i jego dom jest właśnie tam – kim była, by mówić mu, że jest inaczej? Był dorosły, mógł sam podejmować swoje decyzje… tylko, jeśli coś sprawia ból, to czy to była dobra decyzja? Nie znali się dobrze; właściwie nie znali się wcale, ale Ginny nie potrafiła patrzeć na to, jak ktoś cierpi, zawsze chciała pomóc. Na ile się oczywiście dało, bo nie każdy tej pomocy w ogóle chciał, a na siłę… na siłę to się nie dało. Sama znała zbyt mało, by wiedzieć, na co sobie pozwolić i czego on mógłby potrzebować.
– Czego nie wiesz? – zapytała, zachęcając go jednocześnie do tego, by znalazł w sobie te słowa, by nazwać swoje rozbiegane myśli. Na moment oderwała od niego spojrzenie na trawę, która gwałtownie urosła, nie bardzo znacznie, ale na tyle, że stojąc tam, można to było zauważyć. Wraz z tym, jak nagle zakwitły kwiaty w niedalekiej od nich odległości. Mogła tylko unieść w zaskoczeniu brwi – cóż to była za niezwykła magia, kojarzyła jej się z dzikością, jakiej można było doświadczyć przy nauce w Uagadou. Magia w swojej pierwotnej, najczystszej postaci, bo płynąca prosto z serca. – Myślisz, że to rozłąka z lasem tak działa? Odległość od tej Kniei? Czy może w innym lesie też czułbyś pewien spokój? – zastanawiała się po prostu… na ile jego życie związane było z tą Knieją Godryka, a na ile chodziło po prostu o spokój płynący z natury. Zastanawiała się, jakby się czuł, gdyby zabrała go do dziadków, którzy dom mieli na skraju lasu, z dala od ludzkich zabudowań, a w otoczeniu lasu, łąk i potoku żyło dużo różnych zwierząt, tych całkiem zwyczajnych i tych magicznych – w tym stado dzikich koni. – Ja też lubię się zmieniać i oglądać świat z innej perspektywy. Odpowiedni dystans pomaga zerknąć na coś inaczej i oczyścić umysł – przyznała mu po chwili, zastanawiając się nad jego słowami; mówił to tak, jakby szukał pocieszenia i potwierdzenia, że nie robi nic źle. A robił? Każdy miał swoje sposoby, dlaczego jedne miały być lepsze, a drugie gorsze?
Kobieta położyła ciepłą dłoń na ramieniu Sama, gdy ten tak nagle zadarł głowę i spoglądał wprost w nieboskłon. Ona na chmury i niebo teraz nie patrzyła, ważniejsze i ciekawsze sprawy miała tuż na… wyciągnięcie ręki.
– Możemy pójść zjeść jeśli tylko chcesz – w zasadzie to ucieszyła się, że Sam tak chętnie na to przystał. – Chcesz pójść tylko ze mną? Czy z Brenną też? – wskazała ruchem głowy w kierunku dziewczyny, która stała w oddaleniu, dając im przestrzeń. Tak czy siak powinni z nią chyba porozmawiać, Ginewra ją przeprosić, że chciałaby porwać Sama na trochę, jeśli ten chciałby spędzić ten czas tylko z nią. – Jadam różne rzeczy. Jeszcze się do końca nie przyzwyczaiłam do tego, co można dostać w Anglii… Ale lubię mięso, tak – niekoniecznie mięso myszy, które jadły obie formy, w które się zmieniała. – A ty? Wolisz na surowo, czy jednak obrobione? – bo Gin, rzecz jasna, zdecydowanie wolała obrobione. I kochała przyprawy, dużo przypraw, tak jak jadało się w Egipcie. I nie rozumiała fasoli w sosie pomidorowym ani trochę. – Ooch, oczywiście! Rzeźbisz w drewnie? Narzędzia, meble czy totemy? – ach, zgubiła znowu słowo, choć chodziło jej o ozdoby, figurki i figury. Tak naprawdę chciała mu odpowiedzieć na każde pytanie, bo nie miała z tym żadnego problemu. To było potrzebne, oboje tego potrzebowali. Pozwalało się poznać, złapać… podstwawy i to niezbędne minimum. – Czym się zajmuję i czemu przyjechałam… To trochę połączone naczynia. W ogóle to pochodzę z Egiptu, tam się urodziłam. Mój tata pracował kiedyś jako klątwołamacz dla banku Gringotta tu w Londynie, ale wyjechał z jakimś zleceniem do Egiptu i już został – wyjaśniła mu po krótce, chciała żeby wiedział gdzie tu Egipt, a gdzie Anglia w tej zakręconej historii. – Tutaj została oczywiście reszta rodzina taty, czasami przyjeżdżaliśmy w odwiedziny. Ale teraz przyjechałam do pracy – tak jak Saturnus wyjechał do Egiptu do pracy, tak ona przyjechała tu… ironia losu. – Jestem historykiem magii. Pracuję jako uzdrowiciel na wykopaliskach archeologicznych, ale też wspomagam grupę z zakresu historii, szyfrów i wróżb. A przyjechałam, bo grupa, z którą ostatnio pracowałam w Egipcie, w połowie składała się z czarodziejów z Anglii. Dobrze mi się z nimi pracowało i zaproponowali mi pracę na wykopaliskach w Walii, więc… niewiele się zastanawiałam. I oto jestem – gadała i gadała… Pod tym względem niewiele ustępowała gadatliwej Brennie, bo gdy łapała temat i miała co mówić, to buzia potrafiła jej się nie zamykać. – Zresztą uznałam, że to dobry sposób, żeby więcej czasu spędzić z rodziną tutaj. Dziadkowie prowadzą takie miejsce, gdzie zajmują się zwierzętami, wiesz? Zapewniają im miejsce, gdzie mogą mieszkać spokojnie w swoich naturalnych warunkach, opiekują się nimi – zboczyła trochę z tematu, ale zaraz się na tym złapała i uśmiechnęła do Samuela. – Brennę poznałam całkiem niedawno, na takim ognisku pod koniec maja? Tutaj, w Dolinie. Znajomy mnie przyprowadził, żebym mogła poznać trochę ludzi, a Brenna zaproponowała, że może mnie oprowadzić kiedyś po Dolinie Godryka. To kiedyś nastąpiło dzisiaj. To twoja przyjaciółka z dzieciństwa? – zapytała, jak gdyby nigdy nic.