18.04.2024, 00:21 ✶
Oderwanie się od pracy, chwila odpoczynku, naładowanie baterii socjalnych, dla większości właśnie tym był urlop. Cedric rozumiał, ze niektórzy ludzie potrzebowali przerwy, ale sam nigdy do nich nie należał. Naprawdę lubił swoją pracę, o czym najlepiej świadczyły nadliczbowe godziny, które miesiąc w miesiąc wlatywały na jego konto. Nierzadko wyrabiał czas bliski dwóm etatom, ale nigdy nie narzekał. Nawet jeśli poprzez takie zachowanie zaniedbywał bliskich i przyjaciół. Co prawda nie był z tego powodu zadowolony, ale chęć niesienia pomocy ludziom była silniejsza. Po prostu nie potrafił znieść myśli, że na zimnych szpitalnych korytarzach jakaś staruszka czeka na doktora przez kilka godzin. Każdy współpracownik o tym wiedział, część zdołała to już zaakceptować. Chyba dlatego każdy był szczerze zszokowany, gdy Lupin wystąpił o kilka dni urlopu. Było to trudne, ale ostatecznie postanowił przedłożyć relację ponad obowiązki. Chyba pierwszy raz w swoim życiu. Była to jedna z trudniejszych decyzji w jego życiu.
W sporej mierze przez ogrom plotek, które potoczyły się po szpitalu. Większość pogłosek ignorował, ale gdy ktoś dla żartu rzucił, że w końcu kogoś znalazł, serce skoczyło mu do gardła. Ostatecznie nikomu nie udało się go złamać i przekonać do zdradzenia powodu tej nagłej zmiany. Z jakiegoś dziwnego powodu nie miał ochoty rozpowiadać, z kim się wybiera nad jezioro Windermere. Dlaczego? Ciężko stwierdzić. W końcu byli tylko dwójką znajomych, którzy po prostu postanowili gdzieś razem wyjechać. Nie było w tym nic złego czy niestosownego. Dlaczego więc czuł się winny?
Gdy w końcu dotarli na miejsce, powitała ich naprawdę przyjemna pogoda. Słońce, lekki wiatr oraz zaskakująco mało gości. Dla niektórych mógłby być to minus, ale Cedric nie potrzebował zawierać nowych, szalonych znajomości. Ostatnie dni dostarczyły mu dawkę adrenaliny, która z pewnością starczy mu już do śmierci. Najgorsze w tym było to, że stres wcale z niego nie schodził, wręcz przeciwnie. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej go nosiło. Emocje były w nim na tyle silne, że nie przespał dwóch ostatnich nocy, o czym oczywiście jej nie powiedział. Zdradzały go jednak nieco pandzie oczy. Nie w głowie mu jednak teraz było zmęczenie czy szukanie wymówek. Tak w zasadzie to jego mózg od kilkunastu minut przetrawiał w kółko jedno zdanie. Kilka najbliższych dni spędzisz praktycznie sam na sam z Vioricą. Czemu do cholery przyszło mu do głowy, że to będzie dobry pomysł? Pewnie uznała go za zboczeńca i dziwaka. No tak, jak zwykle coś zepsuł.
Jego głowa pracowała na pełnych obrotach w typowy dla siebie sposób — bez większego ładu i składu. Przynajmniej z początku. Musiał bowiem przyznać, że tutejsze powietrze naprawdę na niego działo. Może ludzie, którzy opowiadali, jak to urlopy ich uspokajają, mieli jednak rację? Strach i stres powoli zaczynały odchodzić na boczny plan, ustępując miejsca jego... przyjaciółce. Wiedział, że to niestosowne, ale nie mógł się powstrzymać od podziwiania jej urody. Ładna, miła, sympatyczna, jakim cudem polubiła kogoś takiego jak on? Nie wiedział, ale w sumie to nawet nie chciał się teraz nad tym zastanawiać. Bo po co? Wolał cieszyć się faktem, że mogli spędzić razem kilka następnych dni.
— Naprawdę? Kamień spadł mi z serca. Bałem się, że ci się nie spodoba — rzucił wesoło, posyłając jej wyjątkowo szeroki uśmiech. W sumie to chyba pierwszy raz od wielu miesięcy czuł się tak dobrze. — Podobno nocami doskonale widać tutaj gwiazdy. Znajoma zdradziła mi nawet miejsce okolicznej łąki, z której widać kilka gwiazdozbiorów. Możemy tam zerknąć, jeśli będziesz chciała — rzucił, nim zdążył ugryźć się w język. Co do cholery go napadło? Nie powinien był się tak narzucać. Dopiero co przyjechali.
Lekkim kiwnięciem głową zaakceptował jej sugestię, ruszając w ślad za nią do domku. Pierwsze wrażenie było całkiem dobre, ale ten zapach nieco zepsuł całość oceny. No tak, jak zwykle musiał coś sknocić. Oby nie miała mu tego za złe.
— Tak, to dobry pomysł — odpowiedział, kiwając przy tym lekko głową. Zaraz po tym odwrócił się na pięcie i ruszył do aneksu kuchennego, szukając po szafkach przedmiotów, o które prosiła. Niby normalna czynność, ale jakiś głosik z tyłu głowy rozpaczliwie nie chciał jej zawieść. Dziwne.
Zajęło mu to chwilę, ale w końcu udało mu się namierzyć średniej wielkości kociołek. Był nieco zakurzony i oblepiony pajęczynami, ale nie było to nic, czego nie naprawiłaby odrobina magii. Szybkie machnięcie różdżką i przedmiot wyglądał jak nowy. Z triumfalnym uśmiechem uniósł go w górę, zerkając przy tym na kobietę. — Mam! Wygląda nawet szczelnie, także dobra nasza. Pomóc ci jakoś przy zaparzaniu kawy? Och, poszukam kubków — zawołał, wracając raz jeszcze do aneksu. Co prawda nie potrzebowali ich na już, ale nagle zalała go fala stresu. Kontakty z ludźmi stresowały go już normalnie, ale z jakiegoś powodu przy niej czuł znacznie większą presję. Już samo spojrzenie jej w oczy sprawiało, że miękły mu kolana.
Merlinie, jaka ona była piękna.
W sporej mierze przez ogrom plotek, które potoczyły się po szpitalu. Większość pogłosek ignorował, ale gdy ktoś dla żartu rzucił, że w końcu kogoś znalazł, serce skoczyło mu do gardła. Ostatecznie nikomu nie udało się go złamać i przekonać do zdradzenia powodu tej nagłej zmiany. Z jakiegoś dziwnego powodu nie miał ochoty rozpowiadać, z kim się wybiera nad jezioro Windermere. Dlaczego? Ciężko stwierdzić. W końcu byli tylko dwójką znajomych, którzy po prostu postanowili gdzieś razem wyjechać. Nie było w tym nic złego czy niestosownego. Dlaczego więc czuł się winny?
Gdy w końcu dotarli na miejsce, powitała ich naprawdę przyjemna pogoda. Słońce, lekki wiatr oraz zaskakująco mało gości. Dla niektórych mógłby być to minus, ale Cedric nie potrzebował zawierać nowych, szalonych znajomości. Ostatnie dni dostarczyły mu dawkę adrenaliny, która z pewnością starczy mu już do śmierci. Najgorsze w tym było to, że stres wcale z niego nie schodził, wręcz przeciwnie. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej go nosiło. Emocje były w nim na tyle silne, że nie przespał dwóch ostatnich nocy, o czym oczywiście jej nie powiedział. Zdradzały go jednak nieco pandzie oczy. Nie w głowie mu jednak teraz było zmęczenie czy szukanie wymówek. Tak w zasadzie to jego mózg od kilkunastu minut przetrawiał w kółko jedno zdanie. Kilka najbliższych dni spędzisz praktycznie sam na sam z Vioricą. Czemu do cholery przyszło mu do głowy, że to będzie dobry pomysł? Pewnie uznała go za zboczeńca i dziwaka. No tak, jak zwykle coś zepsuł.
Jego głowa pracowała na pełnych obrotach w typowy dla siebie sposób — bez większego ładu i składu. Przynajmniej z początku. Musiał bowiem przyznać, że tutejsze powietrze naprawdę na niego działo. Może ludzie, którzy opowiadali, jak to urlopy ich uspokajają, mieli jednak rację? Strach i stres powoli zaczynały odchodzić na boczny plan, ustępując miejsca jego... przyjaciółce. Wiedział, że to niestosowne, ale nie mógł się powstrzymać od podziwiania jej urody. Ładna, miła, sympatyczna, jakim cudem polubiła kogoś takiego jak on? Nie wiedział, ale w sumie to nawet nie chciał się teraz nad tym zastanawiać. Bo po co? Wolał cieszyć się faktem, że mogli spędzić razem kilka następnych dni.
— Naprawdę? Kamień spadł mi z serca. Bałem się, że ci się nie spodoba — rzucił wesoło, posyłając jej wyjątkowo szeroki uśmiech. W sumie to chyba pierwszy raz od wielu miesięcy czuł się tak dobrze. — Podobno nocami doskonale widać tutaj gwiazdy. Znajoma zdradziła mi nawet miejsce okolicznej łąki, z której widać kilka gwiazdozbiorów. Możemy tam zerknąć, jeśli będziesz chciała — rzucił, nim zdążył ugryźć się w język. Co do cholery go napadło? Nie powinien był się tak narzucać. Dopiero co przyjechali.
Lekkim kiwnięciem głową zaakceptował jej sugestię, ruszając w ślad za nią do domku. Pierwsze wrażenie było całkiem dobre, ale ten zapach nieco zepsuł całość oceny. No tak, jak zwykle musiał coś sknocić. Oby nie miała mu tego za złe.
— Tak, to dobry pomysł — odpowiedział, kiwając przy tym lekko głową. Zaraz po tym odwrócił się na pięcie i ruszył do aneksu kuchennego, szukając po szafkach przedmiotów, o które prosiła. Niby normalna czynność, ale jakiś głosik z tyłu głowy rozpaczliwie nie chciał jej zawieść. Dziwne.
Zajęło mu to chwilę, ale w końcu udało mu się namierzyć średniej wielkości kociołek. Był nieco zakurzony i oblepiony pajęczynami, ale nie było to nic, czego nie naprawiłaby odrobina magii. Szybkie machnięcie różdżką i przedmiot wyglądał jak nowy. Z triumfalnym uśmiechem uniósł go w górę, zerkając przy tym na kobietę. — Mam! Wygląda nawet szczelnie, także dobra nasza. Pomóc ci jakoś przy zaparzaniu kawy? Och, poszukam kubków — zawołał, wracając raz jeszcze do aneksu. Co prawda nie potrzebowali ich na już, ale nagle zalała go fala stresu. Kontakty z ludźmi stresowały go już normalnie, ale z jakiegoś powodu przy niej czuł znacznie większą presję. Już samo spojrzenie jej w oczy sprawiało, że miękły mu kolana.
Merlinie, jaka ona była piękna.