18.04.2024, 14:10 ✶
- Śmierć - odparła kobieta. - Strzeż się.
A potem już jej nie było - chociaż Millie ledwo chwilę później zdało się, że słyszy nawoływania ptaka, dobiegające gdzieś spomiędzy drzew.
Może był to jakiś zwykły, nocny ptak, budzący się, bo oto nadciągnął zmierzch.
Może lelek wróżebnik znów krzyczał ze swojej klatki.
Niebo ciemniało, a szarość popiołu nabierała głębi, na zachodzie powoli zamieniając się w czerń.
Strzeż się, strzeż się, strzeż się, powiedział wiatr.
*
Dym papierosa otaczał Millie, a każdy jej oddech zamieniał się w chłodzie w mgiełkę, widoczną przez ułamek sekundy, a później rozpływającą się w zimnym powietrzu. Las Wisielców został za nią, gdy zbliżyła się do rzeki - gdzieś w oddali widziała pierwsze zabudowania Little Hangleton, wioski, w której mieszkali i czarodzieje, i mugole, i w której działo się więcej dziwnych rzeczy. Powierzchnię wody ścinał lód, choć cienki, w niektórych miejscach popękany. Wieczorami i nocami temperatura spadała kilka stopni poniżej zera, ale za dnia niekiedy oscylowała tuż powyżej niego, wtedy mróz zaczynał ustępować, a warstwa lodu stawała się cieńsza.
Noga Moody zapadła się nagle w śniegu. Ot obniżenie terenu, niewidoczne z powodu białego puchu, tutaj, w miejscu, gdzie nikt się go nie pozbywał, sięgającego niskiej kobiecie niemal do łydek. Potknęła się, papieros wypadł jej z dłoni, syknęło, gdy gorący płomyk spotkał się z wilgotnymi płatkami. Ale Millie już nie zdążyła tego zobaczyć, bo staczała się te parę metrów po stromym w tym miejscu zboczu, ku rzece, ku lodowej tafli, zbyt kruchej, aby utrzymać jej ciężar.
A potem już jej nie było - chociaż Millie ledwo chwilę później zdało się, że słyszy nawoływania ptaka, dobiegające gdzieś spomiędzy drzew.
Może był to jakiś zwykły, nocny ptak, budzący się, bo oto nadciągnął zmierzch.
Może lelek wróżebnik znów krzyczał ze swojej klatki.
Niebo ciemniało, a szarość popiołu nabierała głębi, na zachodzie powoli zamieniając się w czerń.
Strzeż się, strzeż się, strzeż się, powiedział wiatr.
*
Dym papierosa otaczał Millie, a każdy jej oddech zamieniał się w chłodzie w mgiełkę, widoczną przez ułamek sekundy, a później rozpływającą się w zimnym powietrzu. Las Wisielców został za nią, gdy zbliżyła się do rzeki - gdzieś w oddali widziała pierwsze zabudowania Little Hangleton, wioski, w której mieszkali i czarodzieje, i mugole, i w której działo się więcej dziwnych rzeczy. Powierzchnię wody ścinał lód, choć cienki, w niektórych miejscach popękany. Wieczorami i nocami temperatura spadała kilka stopni poniżej zera, ale za dnia niekiedy oscylowała tuż powyżej niego, wtedy mróz zaczynał ustępować, a warstwa lodu stawała się cieńsza.
Noga Moody zapadła się nagle w śniegu. Ot obniżenie terenu, niewidoczne z powodu białego puchu, tutaj, w miejscu, gdzie nikt się go nie pozbywał, sięgającego niskiej kobiecie niemal do łydek. Potknęła się, papieros wypadł jej z dłoni, syknęło, gdy gorący płomyk spotkał się z wilgotnymi płatkami. Ale Millie już nie zdążyła tego zobaczyć, bo staczała się te parę metrów po stromym w tym miejscu zboczu, ku rzece, ku lodowej tafli, zbyt kruchej, aby utrzymać jej ciężar.