Nic dziwnego, że Morpheus nie od razu zorientował się, co dokładnie zamówił, skoro przyglądał się jej, a nie napojowi, w którym tam spokojnie mieszał. Jednak McGonagall widziała w jego ruchach precyzję, jakby wszystko było wyliczone co do milimetra; niemalże jakby i w jego życiu nie mogło być miejsca na żaden przypadek – jednak nic takiego nie było prawdą. Choćby to spotkanie, pomimo tego, że jak najbardziej umówione, to już zaczynało się przypadkami… i wypadkami. A także porażką, choć gdyby zapytać Ginewrę, to nazywałaby ją gorzką, a nie słoną.
– Rozumiem więc, że jestem na tym polu mało oryginalna – uśmiechnęła się ponownie, krótko, gdy odpowiedziała tym malutkim żarcikiem, który w większości kpił z niej samej i tego sekretu, który zrobiła wokół. Miała ku temu jednak bardzo dużo powodów, biorąc pod uwagę, co dokładnie odkryli w tej wiosce i jakie były ich następne wnioski. Chciała jak najbardziej ograniczyć ewentualne zainteresowanie niepowołanych osób trzecich, tym bardziej mając na uwadze nastroje, jakie obecnie panowały w Anglii. A te były iście waleczne, zaś jej imię, choć nosiła je po legendarnej królowej, żyjącej w czasach wojny i walk, było tylko tym – imieniem i nie nosiła jego widma na swych barkach; nie planowała żadnej zdrady, ani nie chciała niczyjej krzywdy.
– Osoba, która go pisała, skupiła się na tych bardziej znanych nazwiskach, a ja tutaj jestem niemalże anonimowa. Do Anglii przeniosłam się ledwie pod koniec kwietnia, bardzo bym się zdziwiła, gdyby nagle znano mnie z imienia, nazwiska czy dokonań naukowych – a pełniła rolę uzdrowiciela. W takich przedsięwzięciach należało brać pod uwagę wszelkie wypadki związane z pułapkami, klątwami, nieznaną magią i tak dalej. Można też było wejść na grabie, jak to kiedyś przekornie wywróżyła kierownikowi grupy. To, że była też dyplomowanym historykiem magii było dodatkowym atutem, bo mogła wnieść do odkryć również inne spojrzenie, nie tylko zatroskanej medyczki, która musi opatrzyć komuś ranę. A to, że dodatkowo była konsultantem w sprawie wróżb i przepowiedni, które nader często się przydarzały w takich miejscach… ale ona też potrzebowała konsultacji, bo nie była żadną alfą i omegą.
Znała ten odruch, tego przekręcenia głowy, bo sama często tak robiła, ale nie dlatego, by zmiękczyć odbiór swojej osoby a dlatego, że… tak często robiły koty. A w jej osobie było coś takiego, kociego właśnie. Kocia ciekawość może. Dokładnie ta, która tego kota zabiła. I takie właśnie odniosła wrażenie, gdy Morpheus tak intensywnie się w nią wpatrywał, mrugając zdecydowanie za rzadko, by było to zdrowe – że wykazywał ciekawość. Ginny też była ciekawa, zaintrygowana; bo nigdy nie miała okazji rozmawiać z Niewymownym.
– Została po nim ledwie kupka popiołu – przyznała po chwili i sięgnęła do swojej torebki, by wydobyć z niej małą fiolkę. Wypełniona była właśnie tym – popiołem, który udało się zebrać, gdy już wszyscy oprzytomnieli i zrozumieli co się właściwie stało i gdy zabezpieczono inne rzeczy, by nie zajęły się ogniem. Było już wtedy niestety za późno dla zwoju, który zapłonął i spalał się, jak ta kometa lecąca po nieboskłonie. – Tylko tyle. To był zwój zapisany jakimś kompletnie nieznanym dla naszego tłumacza i eksperta od run językiem. Nie zareagował ani na próby rozpraszania zaklęć, ani na klątwołamanie, na nic właściwie – zareagował… ale dopiero na Guinevere, na nic i na nikogo innego. Kobieta wyciągnęła do Morpheusa fiolkę, by mógł ją sobie obejrzeć. Ale popiół… jak to popiół. Nie wyglądał jak nic specjalnego. – Zwój sam zapłonął, czym nas zaskoczył, dlatego nie udało się go uratować – a może takie miał zadanie, by się to nie udało?