Tego się właśnie obawiała – że Laurent szukał zapomnienia, a niekoniecznie rozwiązania obecnej sytuacji. O ile, oczywiście, można tu było jakieś rozwiązanie wskazać. Nie było to takie proste, raczej opierało się to na kontroli obrażeń już zadanych i zmniejszaniu ewentualnych kolejnych, niż całkowite zapobiegnięcie i wymazanie tego z historii. Jednak to szukanie zapomnienia, skok z ramion w ramiona – może działało na chwilę, może na Laurenta, ale Victoria bardzo nie chciała, by pewnego ranka się obudził z przeświadczeniem, że nie ma do czego i kogo wrócić, że nie wie, komu zaufać, że źle postąpił i tak dalej… Życie było tak kruche, a mało kto dostawał od losu prawdziwie drugą szansę na życie po śmierci. Życie było cenne, bardzo, a nie było nic gorszego od żalu.
Było coś jeszcze prócz Drake’a, ale to akurat usłyszała wprost, zobaczyła tatuaż na własne oczy i… nie potrafiła i nie chciała tego nigdzie zgłosić. Trzymała to w głębi swojego serca, za pancernymi drzwiami własnego umysłu, delikatnej woalki oklumencji… Nie powiedziała nikomu i nie powie nikomu, ale choć tyle mogła dla Laurenta zrobić: popracować nad jego sprawą rzetelnie, pomimo własnych przywar. Rozumiała jednak jego sytuację doskonale, przekonać się, że osoby, których by się o to nie podejrzewało, trzymały ze Śmierciożercami. Niekoniecznie z własnej woli, ale oczywistym było, że jak dostajesz rozkaz…
Nie spodziewała się żadnego komentarza, bo co tu komentować? Ta historia wybrzmiała dokładnie tak, jak wybrzmieć miała, dawała perspektywę i spojrzenie i… po prostu brakowało słów. Milczeli więc oboje, a Victoria przeniosła spokojne spojrzenie z pięknego elementu tego obrazka, jakim był Laurent, na resztę parku, na ścieżkę, na majaczących w oddali ludzi, lecz wcale ich nie widziała. Nie pogrążyła się we wspomnieniach, one nie miały takiego znaczenia. Może była okrutna, ale Drake nigdy jej bardzo nie obchodził, a gdy go zabrakło, choć nie życzyła mu śmierci, to poczuła ulgę. Zas ten świat ostatnimi czasy bardzo często rozkładała na części pierwsze, w jej sytuacji nie dało się inaczej. I Laurent chyba powoli też zaczynał to robić. Jej dłoń drgnęła, gdy tak trzymała Prewetta, a on zapytał o papierosa. Nastąpiło krótkie poruszenie, gdy sięgnęła do torebki, by wydobyć z niej paczkę… Tak, miała papierosy, nosiła. Najczęściej i tak brała od Sauriela, ale swoje też nosiła… I popalała od czasu do czasu. Ostatnio częściej, jednak jeszcze nie tak, że nie mogła bez tego żyć. Były jednak takie chwile, że trzęsły jej się ręce i chciała to wszystko zagłuszyć mgiełką w głowie, lekkim kołysaniem świata i zawrotami od zaciągnięcia się tytoniem. Rozumiała tę ulgę, jaką przynosiło palenie, więc bez słowa podsunęła paczkę Laurentowi, nawet jeśli i on nigdy nie widział jej palącej. Nie pytała, nie było potrzeby. Ale sama wyciągnęła sobie jednego papierosa i wygrzebała jeszcze mugolskie zapałki, by jak kompletny menel odpalać w ten sposób papierosa.
– Nie przepraszaj, nie masz za co. W takiej sytuacji każdy by się zdenerwował – oparła się plecami o oparcie ławki i wypuściła przez usta dym, trzymając papierosa w palcach ręki, która znajdowała się dalej Laurenta, nie chcąc mu dymić z fajki prosto w twarz. – Chciałbyś, żeby to ktoś inny w tym grzebał? – dopytała, bo to o to jej dokładnie chodziło. Była tym mniejszym złem, czy tego chciał, chcieli, czy nie. Nie wszystko musiała wciągać w akta, zwłaszcza jeśli uzna to za mało istotne, a mogłoby to Laurentowi zaszkodzić. Tak. To się nie zmieniło – swoich bliskich broniłaby własną piersią, nawet metaforycznie. Tak jak Saurielowi kiedyś powiedziała, że bliskim się pomaga, a nie wtrąca do więzienia, tak miało to bardzo szerokie zastosowanie, łącznie z tym, by bliski mógł uniknąć skandalu. A Laurent był jej bliski. Bardzo. Zaś to, że nie łączyły ich więzy krwi, jak na przykład Laurenta z Atreusem czy Orionem, też grało na korzyść, bo... to ona dostała tę sprawę. – Będą. Będą dobrym początkiem, dziękuję – to było właściwie bardzo wspaniałomyślne ze strony Laurenta, ze sam chciał je przekazać. Wybiórczo, ale jednak i rzeczywiście, był to początek. Ale Victoria widziała, że będzie musiała zrobić rozpytanie wśród pracowników rezerwatu, a nie tylko polegać na informacjach przekazanych przez Laurenta. Sprawdzić listę gości, klientów… przynajmniej na miesiąc wstecz. Bo kto wie, może ten „przypadkowy” wywiad nie był tak przypadkowy? Musiała sprawdzić wszystko. Tego dziennikarzynkę również. – Wiem, kochanie – powiedziała cicho, po czym ponownie się zaciągnęła i spokojnie, powoli wypuściła dym ustami. Odchyliła głowę do tyłu i przymknęła powieki. – Nie pozwolę cię skrzywdzić – otworzyła oczy i przeniosła wolną dłoń w górę, by musnąć palcami policzek Laurenta, bardzo delikatnie, ledwie namacalnie. – W każdym tego słowa znaczeniu. Rozumiesz? – czy rozumiał, co próbowała mu powiedzieć? Miała nadzieję, że tak. Bo to jedno jej zostało – mieć nadzieję. Jej spojrzenie z miękkiego, na moment stało się twarde, oczy się rozszerzyły.