18.04.2024, 23:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 21:20 przez Anthony Shafiq.)
Jedwab miał wiele zalet, poza oczywistą sławą, którą się cieszył nieprzerwanie od setek lat. Nie rozciągał się, był odporny na roztocza i pleśnie, w dzień mógł dać wrażenie lekkiego chłodu, podobnie w nocy niósł ukojenie, a jedwabne pościele były podstawą dobrego snu, zwłaszcza w tak upalny lipiec. Ale niestety... jedwab nie nadawał się absolutnie jako zastępstwo ręcznika, czy nawet koca.
Szare oczy były kiepsko widoczne w cieniach nocy, skoro to za plecami Anthony'ego było jedyne źródło światła i tak oszczędne, przytłumione dodatkowo niekończącym się opadem. A jednak, ów szarość nie opuszczała Erika ani na krok, nie przepuszczała żadnego z jego ruchów podczas wstawania, nie ominęła jego drżenia, ani absolutnie żałosnego położenia. W spojrzeniu Anthony'ego nic się nie zmieniło z początkowego niedowierzania, nawet gdy stanęli obaj na przeciwko siebie, niemal równi z powodu drewnianych koturnów. Nie skrzywił się na odór trawionego i świeżo wlanego w erikowe trzewia alkoholu, nie odsunął od ociekającego wodą mężczyzny na wypadek, gdyby miał go pochlapać. Zamiast odrazy czy niechęci, po twarzy błąkał się dziwnie znajomy, dawno niewidziany uśmiech. Znajomy bardziej z ich wspólnych wypraw, godzin rozmów o sztuce czy polityce, właściwy tym momentom gdy Erik mówił coś zaskakująco trafnego, albo zabawnego, a zamiast spodziewanej salwy śmiechu czy winszujących mu komplementów dostawał właśnie to. Ten uśmiech.
– Ty również. – odpowiedział mu, nie pozwalając sobie na ześlizgnięcie się wzroku po całej sylwetce, tak wyraźnie odciśniętej w mokrym ubraniu, że z pewnością kilka rzeźb należących do Shafiqa mogłaby spąsowieć z zazdrości w tym rychle przegranym dla nich porównaniu. Nie odwrócił też wzroku na but, choć przecież zachodząc mężczyznę od tyłu musiał widzieć tę samotną skórzaną łódkę ruszającą na podróż w nieznane po nieprzychylnych morzach i oceanach rzymskiego ogrodu.
Potem Anthony rozsunął przestronne rękawy i wyciągnął dłoń, a gałąź nie umknęła spod ciepłych opuszków. Złapał Erika delikatnie, za zlodowaciałe palce, tak jak podczas ich pierwszego prawdziwego spotkania w gąszczu ludzkich spraw, aby nadać mu pęd i kierunek wraz z sobą, na powrót do głównej rezydencji, pozostawiając przy tym za sobą część gościnną. A przecież była tam łaźnia z kamienną wanną, jeden z pokoi czekał z pewnością w gotowości. Dwa, trzy kroki w bok, pod daszkiem opartym na kolumnach.
– Chodźmy, musimy Cię ogrzać. Jadłeś coś? Może masz ochotę na jagnięcinę? Albo kaczkę?– zapytał zmierzając tym samym miarowym krokiem do korytarza, do holu z Urobosem, z którego ledwie przed momentem Erik przecież wyszedł. Może dobrze, że gospodarz to powiedział, bo w sumie ta sama droga prowadziła wprost za drzwi wejściowe. Anthony jednak zamierzał od razu jednoznacznie odbić ku marmurowym schodom, po których wcześniej wspinał się skrzat. – Pozwolę sobie spytać... masz jakieś bagaże, którymi Wergilusz mógłby się zająć? – dodał, możliwie lekko, wyzbytym oceny tonem.
Szare oczy były kiepsko widoczne w cieniach nocy, skoro to za plecami Anthony'ego było jedyne źródło światła i tak oszczędne, przytłumione dodatkowo niekończącym się opadem. A jednak, ów szarość nie opuszczała Erika ani na krok, nie przepuszczała żadnego z jego ruchów podczas wstawania, nie ominęła jego drżenia, ani absolutnie żałosnego położenia. W spojrzeniu Anthony'ego nic się nie zmieniło z początkowego niedowierzania, nawet gdy stanęli obaj na przeciwko siebie, niemal równi z powodu drewnianych koturnów. Nie skrzywił się na odór trawionego i świeżo wlanego w erikowe trzewia alkoholu, nie odsunął od ociekającego wodą mężczyzny na wypadek, gdyby miał go pochlapać. Zamiast odrazy czy niechęci, po twarzy błąkał się dziwnie znajomy, dawno niewidziany uśmiech. Znajomy bardziej z ich wspólnych wypraw, godzin rozmów o sztuce czy polityce, właściwy tym momentom gdy Erik mówił coś zaskakująco trafnego, albo zabawnego, a zamiast spodziewanej salwy śmiechu czy winszujących mu komplementów dostawał właśnie to. Ten uśmiech.
– Ty również. – odpowiedział mu, nie pozwalając sobie na ześlizgnięcie się wzroku po całej sylwetce, tak wyraźnie odciśniętej w mokrym ubraniu, że z pewnością kilka rzeźb należących do Shafiqa mogłaby spąsowieć z zazdrości w tym rychle przegranym dla nich porównaniu. Nie odwrócił też wzroku na but, choć przecież zachodząc mężczyznę od tyłu musiał widzieć tę samotną skórzaną łódkę ruszającą na podróż w nieznane po nieprzychylnych morzach i oceanach rzymskiego ogrodu.
Potem Anthony rozsunął przestronne rękawy i wyciągnął dłoń, a gałąź nie umknęła spod ciepłych opuszków. Złapał Erika delikatnie, za zlodowaciałe palce, tak jak podczas ich pierwszego prawdziwego spotkania w gąszczu ludzkich spraw, aby nadać mu pęd i kierunek wraz z sobą, na powrót do głównej rezydencji, pozostawiając przy tym za sobą część gościnną. A przecież była tam łaźnia z kamienną wanną, jeden z pokoi czekał z pewnością w gotowości. Dwa, trzy kroki w bok, pod daszkiem opartym na kolumnach.
– Chodźmy, musimy Cię ogrzać. Jadłeś coś? Może masz ochotę na jagnięcinę? Albo kaczkę?– zapytał zmierzając tym samym miarowym krokiem do korytarza, do holu z Urobosem, z którego ledwie przed momentem Erik przecież wyszedł. Może dobrze, że gospodarz to powiedział, bo w sumie ta sama droga prowadziła wprost za drzwi wejściowe. Anthony jednak zamierzał od razu jednoznacznie odbić ku marmurowym schodom, po których wcześniej wspinał się skrzat. – Pozwolę sobie spytać... masz jakieś bagaże, którymi Wergilusz mógłby się zająć? – dodał, możliwie lekko, wyzbytym oceny tonem.