19.04.2024, 13:19 ✶
Patrick podniósł głowę i trochę wbrew rozsądkowi spojrzał do góry, na wzniecone przez siebie tumany kurzu. Patrzył, jak się unosiły, wreszcie namacalnie widzialne w świetle dnia, jak echo czasu, gdy to miejsce trwało w zawieszeniu. I jak sam dom Juliusów sprawiał raczej ponure wrażenie, tak to dopiero kurz uświadamiał jak bardzo był samotny i porzucony. Kiedyś tętnił życiem, nasiąkał emocjami domowników jak gąbka, chłonął ich sekrety, teraz trwał w bezruchu i niszczał. Ani jego wygląd, a przecież Księżycowy Staw wydawał się ładna rezydencją, ani sekrety, wspomnienia nawet historia którą przechowywał, przez lata nikogo nie zainteresowała na tyle, byle go kupić.
Steward cofnął się o krok, może o dwa – wreszcie dając się ponieść spóźnionemu instynktowi. Wyciągnął różdżkę, by za pomocą magii zebrać kurz w jedno miejsce.
- Mamy jakiegoś zaufanego ogrodnika? – zapytał, odwracając głowę w stronę obydwu mężczyzn. Na swoje nieszczęście (albo i szczęście, zależało jak i kto by popatrzył) natrafił akurat na ten moment, w którym Erik postanowił potwierdzić, że został równie hojnie obdarzony przez naturę co jego krewniak.
Westchnął. Gdyby miał trochę lepszy humor tego dnia, rzuciłby do nich coś w rodzaju: jeszcze moment i uznam, że próbujecie zachęcić mnie do udziału w orgii, ale tak tylko wzruszył ramionami. Pytanie o ogrodnika zawisło w próżni. Podobnie jak jego nigdy niewypowiedziany ciągu dalszy: w kolejnych krokach warto by było doprowadzić ten labirynt do używalności. A potem nałożyć na Dom Juliusów i jego najbliższe otoczenie tak wiele zaklęć, by to miejsce wydawało się dla mugoli maksymalnie nieciekawe i odpychające.
Wziął karteczki samoprzylepne od starszego Longbottoma.
- Wychodzi na to, że obydwaj jesteście dużo bardziej zorganizowani jak ja – zauważył lekko. Erik od razu próbował przejąć dowodzenie nad sprzątaniem a Morpheus zdążył ułożyć sobie w głowie nawet jakiś plan porządkowania. Na ich tle Patrick wypadał na nieprzygotowanego, ale cieszyło go, że właściwie nie musiał się wysilać a mógł jedynie… sprzątać. Wszystko skończy się dobrze z nim i bez niego. To ta świadomość własnej, przyspieszonej przemijalności tak na niego wpływała.
Patrick zajął się najpierw doprowadzeniem bawialni do porządku. Wyrzucił kurz na zewnątrz. Trochę wzorując się na Morpheusie przyklejał konkretne kolory karteczek na konkretnych meblach (i zrobił to, nawet po tym jak poprzesuwali je w kąt by zrobić więcej miejsca). Nie wyszedł za obydwoma, gdy poszli do jednego z pokoi, ale otworzył szerzej jedno z okien – by wpuścić do bawialni trochę świeżego powietrza. Wszystkie te pokoje wymagały starannego przewietrzenia.
Następnie skierował kroki do pokoju dziecięcego. Rozejrzał się po nim, przy okazji szukając czegoś, do czego mógłby spakować część rzeczy.
Steward cofnął się o krok, może o dwa – wreszcie dając się ponieść spóźnionemu instynktowi. Wyciągnął różdżkę, by za pomocą magii zebrać kurz w jedno miejsce.
- Mamy jakiegoś zaufanego ogrodnika? – zapytał, odwracając głowę w stronę obydwu mężczyzn. Na swoje nieszczęście (albo i szczęście, zależało jak i kto by popatrzył) natrafił akurat na ten moment, w którym Erik postanowił potwierdzić, że został równie hojnie obdarzony przez naturę co jego krewniak.
Westchnął. Gdyby miał trochę lepszy humor tego dnia, rzuciłby do nich coś w rodzaju: jeszcze moment i uznam, że próbujecie zachęcić mnie do udziału w orgii, ale tak tylko wzruszył ramionami. Pytanie o ogrodnika zawisło w próżni. Podobnie jak jego nigdy niewypowiedziany ciągu dalszy: w kolejnych krokach warto by było doprowadzić ten labirynt do używalności. A potem nałożyć na Dom Juliusów i jego najbliższe otoczenie tak wiele zaklęć, by to miejsce wydawało się dla mugoli maksymalnie nieciekawe i odpychające.
Wziął karteczki samoprzylepne od starszego Longbottoma.
- Wychodzi na to, że obydwaj jesteście dużo bardziej zorganizowani jak ja – zauważył lekko. Erik od razu próbował przejąć dowodzenie nad sprzątaniem a Morpheus zdążył ułożyć sobie w głowie nawet jakiś plan porządkowania. Na ich tle Patrick wypadał na nieprzygotowanego, ale cieszyło go, że właściwie nie musiał się wysilać a mógł jedynie… sprzątać. Wszystko skończy się dobrze z nim i bez niego. To ta świadomość własnej, przyspieszonej przemijalności tak na niego wpływała.
Patrick zajął się najpierw doprowadzeniem bawialni do porządku. Wyrzucił kurz na zewnątrz. Trochę wzorując się na Morpheusie przyklejał konkretne kolory karteczek na konkretnych meblach (i zrobił to, nawet po tym jak poprzesuwali je w kąt by zrobić więcej miejsca). Nie wyszedł za obydwoma, gdy poszli do jednego z pokoi, ale otworzył szerzej jedno z okien – by wpuścić do bawialni trochę świeżego powietrza. Wszystkie te pokoje wymagały starannego przewietrzenia.
Następnie skierował kroki do pokoju dziecięcego. Rozejrzał się po nim, przy okazji szukając czegoś, do czego mógłby spakować część rzeczy.