19.04.2024, 21:00 ✶
Co w takim razie piłeś? – pomyślała Brenna z odrobiną podejrzliwości, tak charakterystyczną dla glin. Ta podejrzliwość tkwiła gdzieś w Brennie, nawet jeżeli na co dzień mało kto się jej domyślał, bo ona była gliną uśmiechniętą i paplającą różne bzdury.
Przecież widziała, że coś jest nie tak. Nie była tylko do końca pewna, co takiego. Tyle dobrego, że na informację o zamieszkach przysłano tutaj kilka osób, a ona zasadniczo została zgarnięta do grupy już w chwili, gdy kończyła dyżur, więc nie powinno być z tego problemów.
– Mike! Jeśli nie jestem już potrzebna, zbiorę się z panem Prewettem, później przekażę jego zeznania – zawołała jeszcze do jednego z Brygadzistów, który w kącie pomieszczenia właśnie kończył przesłuchiwać właściciela. Biedny mężczyzna spojrzał na spadający obraz, a w jego oczach czaiła się pewna rezygnacja. – Jasne, pytaj – zgodziła się bez oporów, też podnosząc się z krzesła. A chwilę później odruchowo wyciągnęła ku niemu rękę, gotowa go podeprzeć: ściana jednak usłużnie znalazła się w zasięgu jego dłoni.
I Brenna Longbottom bodaj pierwszy raz w życiu pomyślała, że może były sytuacje, w których nie powinna wszystkich zapewniać, że wszystko z nią w porządku, bo wtedy tylko bardziej wszystkich zdenerwuje. Ta konkluzja nie ostała się jednak w jej głowie na długo, bo skupiła się na obserwacji Basiliusa, tak na wypadek, gdyby podczas tej „minutki” postanowiła na przykład zemdleć. O tak, na pewno nie oberwał żadnym zaklęciem, pewnie jeszcze nie wypił niczego podejrzanego i w ogóle czuł się doskonale, tylko ta ściana zdała mu się nagle nieziemsko atrakcyjna i postanowił się do niej na chwilę przytulić. Na końcu języka miała „czy na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela?”, ale gdyby miał zgodzić się na uzdrowiciela, to wspomniałby o tym chwilę temu…
Może jednak lepiej, jeśli teraz zemdleje? Będą mogli wezwać od razu magomedyka, bez żadnych protestów i bez żadnego nie, nie trafiło mnie żadne zaklęcie. Na nagrobku mu chyba to zdanie wyryją, jak nic…
– Pewnie – powiedziała jednak tylko, odnośnie tego zaklęcia, którego podobno wcale nie było. – To może postój sobie minutę, a ja przyniosę ci płaszcz? Jest w szatni? W twoim domu ktoś będzie o tej porze?
Czułaby się zdecydowanie lepiej, gdyby oddała go w kochające objęcia rodziny, dziewczyny, chłopaka albo przynajmniej skrzata domowego niż zostawiła samego sobie.
Przecież widziała, że coś jest nie tak. Nie była tylko do końca pewna, co takiego. Tyle dobrego, że na informację o zamieszkach przysłano tutaj kilka osób, a ona zasadniczo została zgarnięta do grupy już w chwili, gdy kończyła dyżur, więc nie powinno być z tego problemów.
– Mike! Jeśli nie jestem już potrzebna, zbiorę się z panem Prewettem, później przekażę jego zeznania – zawołała jeszcze do jednego z Brygadzistów, który w kącie pomieszczenia właśnie kończył przesłuchiwać właściciela. Biedny mężczyzna spojrzał na spadający obraz, a w jego oczach czaiła się pewna rezygnacja. – Jasne, pytaj – zgodziła się bez oporów, też podnosząc się z krzesła. A chwilę później odruchowo wyciągnęła ku niemu rękę, gotowa go podeprzeć: ściana jednak usłużnie znalazła się w zasięgu jego dłoni.
I Brenna Longbottom bodaj pierwszy raz w życiu pomyślała, że może były sytuacje, w których nie powinna wszystkich zapewniać, że wszystko z nią w porządku, bo wtedy tylko bardziej wszystkich zdenerwuje. Ta konkluzja nie ostała się jednak w jej głowie na długo, bo skupiła się na obserwacji Basiliusa, tak na wypadek, gdyby podczas tej „minutki” postanowiła na przykład zemdleć. O tak, na pewno nie oberwał żadnym zaklęciem, pewnie jeszcze nie wypił niczego podejrzanego i w ogóle czuł się doskonale, tylko ta ściana zdała mu się nagle nieziemsko atrakcyjna i postanowił się do niej na chwilę przytulić. Na końcu języka miała „czy na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela?”, ale gdyby miał zgodzić się na uzdrowiciela, to wspomniałby o tym chwilę temu…
Może jednak lepiej, jeśli teraz zemdleje? Będą mogli wezwać od razu magomedyka, bez żadnych protestów i bez żadnego nie, nie trafiło mnie żadne zaklęcie. Na nagrobku mu chyba to zdanie wyryją, jak nic…
– Pewnie – powiedziała jednak tylko, odnośnie tego zaklęcia, którego podobno wcale nie było. – To może postój sobie minutę, a ja przyniosę ci płaszcz? Jest w szatni? W twoim domu ktoś będzie o tej porze?
Czułaby się zdecydowanie lepiej, gdyby oddała go w kochające objęcia rodziny, dziewczyny, chłopaka albo przynajmniej skrzata domowego niż zostawiła samego sobie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.