19.04.2024, 21:03 ✶
Już miał zaprotestować, ale potem przypomniał sobie, że przecież miał na sobie strój, jak na prywatną wizytę domową, a nie do podrzędnego baru przy Tamizie. A w zwykły dzień ubrałby się pewnie podobnie.
Uśmiechnął się i skinął głową. Nie wiedział, czy Yaxley po prostu poczuła potrzebę opowiadania o swoich zdolnościach i naprawdę irytowało ją, gdy ktoś miał ją za słabszą przeciwniczkę, czy najzwyczajniej na świecie się tylko przechwalała, ale uznał, że przytaknięcie jej wprowadzi lepsza atmosferę. Podejrzewał też, że tymi swoimi ciężkimi butami, mogła łatwo wyrządzić komuś krzywdę.
– No cóż. Jak są głupi to jest to tylko ich wina, kiedy potem potrzebują plastra – stwierdził, chociaż wolał, by Geraldine nie musiała dzisiaj demonstrować swoich umiejętności w walce. Szczególnie dlatego, że to by znaczyło, że on też znalazłby się w centrum walki w lokalu, a ostatnim razem, gdy miał przyjemność zdobyć takie doświadczenie niemal zemdlał.
– Myślę, że kilku pisarzy mogłoby się z tobą nie zgodzić – zażartował, ale rozumiał co miała na myśli. On też czasem potrzebował zrobić coś mniej, lub bardziej głupiego, byle tylko poczuć trochę adrenaliny i losowości w swoim życiu. Z tym, że u niego kończyło się to zazwyczaj na kasynach.
– Tak? – spytał, zakładając ręce na pierś, a na twarzy przykleił sobie iście łobuzerski prewettowski uśmiech. – A może jednak pozory mylą? – Tylko się z nią droczył się z nią. Świetnie sobie zdawał sprawę z tego, że wyglądał, jakby właśnie wracał ze spotkania przy herbacie na temat łaciny. Może i jego rodzina mogła się (nie)pochwalić wieloma biznesami o różnym stopniu legalności, ale on sam raczej przebywał w lokalach o przynajmniej nieco lepszej jakości. Basiliusa jednak za bardzo rozbawiła jej dwukrotna sugestia, że tutaj nie pasował, by nie zadać tego pytania.
– Na pewno lepiej być w grupie tych żywych. Za spotkanie – rzucił, stukając się z nią kieliszkami. – Tak. Ale przyjmuje też czasem prywatnie. Jeden klient mieszkał w okolicy – wyjaśnił w końcu powód swojej wizyty w tym rejonie. – A ty? – Dalej zabijasz zwierzęta? – Dalej pracujesz w rodzinnym biznesie?
Uśmiechnął się i skinął głową. Nie wiedział, czy Yaxley po prostu poczuła potrzebę opowiadania o swoich zdolnościach i naprawdę irytowało ją, gdy ktoś miał ją za słabszą przeciwniczkę, czy najzwyczajniej na świecie się tylko przechwalała, ale uznał, że przytaknięcie jej wprowadzi lepsza atmosferę. Podejrzewał też, że tymi swoimi ciężkimi butami, mogła łatwo wyrządzić komuś krzywdę.
– No cóż. Jak są głupi to jest to tylko ich wina, kiedy potem potrzebują plastra – stwierdził, chociaż wolał, by Geraldine nie musiała dzisiaj demonstrować swoich umiejętności w walce. Szczególnie dlatego, że to by znaczyło, że on też znalazłby się w centrum walki w lokalu, a ostatnim razem, gdy miał przyjemność zdobyć takie doświadczenie niemal zemdlał.
– Myślę, że kilku pisarzy mogłoby się z tobą nie zgodzić – zażartował, ale rozumiał co miała na myśli. On też czasem potrzebował zrobić coś mniej, lub bardziej głupiego, byle tylko poczuć trochę adrenaliny i losowości w swoim życiu. Z tym, że u niego kończyło się to zazwyczaj na kasynach.
– Tak? – spytał, zakładając ręce na pierś, a na twarzy przykleił sobie iście łobuzerski prewettowski uśmiech. – A może jednak pozory mylą? – Tylko się z nią droczył się z nią. Świetnie sobie zdawał sprawę z tego, że wyglądał, jakby właśnie wracał ze spotkania przy herbacie na temat łaciny. Może i jego rodzina mogła się (nie)pochwalić wieloma biznesami o różnym stopniu legalności, ale on sam raczej przebywał w lokalach o przynajmniej nieco lepszej jakości. Basiliusa jednak za bardzo rozbawiła jej dwukrotna sugestia, że tutaj nie pasował, by nie zadać tego pytania.
– Na pewno lepiej być w grupie tych żywych. Za spotkanie – rzucił, stukając się z nią kieliszkami. – Tak. Ale przyjmuje też czasem prywatnie. Jeden klient mieszkał w okolicy – wyjaśnił w końcu powód swojej wizyty w tym rejonie. – A ty? – Dalej zabijasz zwierzęta? – Dalej pracujesz w rodzinnym biznesie?