19.04.2024, 21:15 ✶
– O ile w ogóle istniał – mruknął Cathal, zaciągając się dymem. Nie patrzył teraz na Guinevere, a gdzieś w ciemność, próbując w mroku dostrzec zarys wyspy, leżącej na środku jeziora: kolejnego miejsca, o którym miejscowi lubili opowiadać rożne legendy. – W przewodniku wspominają nawet, że ta wyspa jakoby miała być Avalonem, ale że takich Avalonów jest najmniej kilka, a nie wierzę, że król Artur spałby spokojnie, gdyby obok deptało tylu turystów, możemy spokojnie założyć, że to tylko opowieść.
A ponieważ przewodnik przyniósł Ulysses, Shafiq wyrzucił niedopałek i wdeptał go w ziemię, nieco mocniej niż by należało. Chociaż teraz, gdy Rookwooda nie było w pobliżu, gniew Cathala powoli opadał, rozpływał się i nagle po zdeptaniu papierosa Shafiq zastanowił się, o co właściwie był na niego taki zły. Nie pomyślał nawet, że ta złość była nienaturalna, jeszcze nie, ale jakoś nie potrafił teraz znaleźć dla niej logicznych przyczyn.
Zwrócił spojrzenie niebieskich oczu na towarzyszącą mu kobietę i mięśnie jego ramion lekko stężały. Zapomniał o Ulyssesie i złości na niego (a może raczej: nie myślał o nich w tej chwili, bo przecież Cathal nie zapominał, wspomnienie każdej gniewnej myśli miało na zawsze już zostać w jego głowie), skupiając się tylko na tej propozycji. Czy ona mówiła o tym, by wpaść tam jutro, czy może chciała iść do tego lasu teraz? W ciemnościach? Z nim? To nie miało żadnego sensu. Nie znali terenu, panował absolutny mrok, nic by nie zobaczyli, za to istniała spora szansa, że wpadną w jakieś krzaki.
Planowała odciągnąć go od kempingu. W środku nocy.
Dlaczego chciała go stąd wyprowadzić?
O ile na początku kwestionował jeszcze do pewnego stopnia swój gniew, pełne jadu myśli, zastanawiał się, ile jest w nich jego, a ile to podszepty Slytherina – których próbował nie słuchać tak długo, jak długo się dało – to teraz przebywał w Wintermere już na tyle długo, że nawet nie przyszło mu do głowy, że ta myśl mogłaby nie pochodzić od niego.
– Teraz? – zapytał Cathal powściągliwie, odrywając wzrok od Ginewry, by spojrzeć na malującą się w oddali ścianę lasu, o tej porze będącą tylko plamą absolutnej czerni. „Teraz?” Chociaż tak naprawdę chciał spytać: „Co ty właściwie knujesz, Ginewro?”
A ponieważ przewodnik przyniósł Ulysses, Shafiq wyrzucił niedopałek i wdeptał go w ziemię, nieco mocniej niż by należało. Chociaż teraz, gdy Rookwooda nie było w pobliżu, gniew Cathala powoli opadał, rozpływał się i nagle po zdeptaniu papierosa Shafiq zastanowił się, o co właściwie był na niego taki zły. Nie pomyślał nawet, że ta złość była nienaturalna, jeszcze nie, ale jakoś nie potrafił teraz znaleźć dla niej logicznych przyczyn.
Zwrócił spojrzenie niebieskich oczu na towarzyszącą mu kobietę i mięśnie jego ramion lekko stężały. Zapomniał o Ulyssesie i złości na niego (a może raczej: nie myślał o nich w tej chwili, bo przecież Cathal nie zapominał, wspomnienie każdej gniewnej myśli miało na zawsze już zostać w jego głowie), skupiając się tylko na tej propozycji. Czy ona mówiła o tym, by wpaść tam jutro, czy może chciała iść do tego lasu teraz? W ciemnościach? Z nim? To nie miało żadnego sensu. Nie znali terenu, panował absolutny mrok, nic by nie zobaczyli, za to istniała spora szansa, że wpadną w jakieś krzaki.
Planowała odciągnąć go od kempingu. W środku nocy.
Dlaczego chciała go stąd wyprowadzić?
O ile na początku kwestionował jeszcze do pewnego stopnia swój gniew, pełne jadu myśli, zastanawiał się, ile jest w nich jego, a ile to podszepty Slytherina – których próbował nie słuchać tak długo, jak długo się dało – to teraz przebywał w Wintermere już na tyle długo, że nawet nie przyszło mu do głowy, że ta myśl mogłaby nie pochodzić od niego.
– Teraz? – zapytał Cathal powściągliwie, odrywając wzrok od Ginewry, by spojrzeć na malującą się w oddali ścianę lasu, o tej porze będącą tylko plamą absolutnej czerni. „Teraz?” Chociaż tak naprawdę chciał spytać: „Co ty właściwie knujesz, Ginewro?”