Dla Philipa pobyt w szpitalu zawsze stanowił przykrą konieczność - preferował korzystanie z prywatnej opieki magomedycznej w domowym zaciszu. Znajome otoczenie działało na niego zawsze korzystniej, niż ponure szpitalne sale i leżenie w szpitalnym łóżku z wysłużonym materacem i bawełnianą pościelą. Szpitalna kuchnia również nie spełniała jego wygórowanych oczekiwań. Jednym słowem panujące w tego rodzaju placówkach warunki w jego przypadku nie sprzyjały rekonwalescencji. Nic dziwnego, że zamierzał jak najszybciej wypisać się i wrócić do domu, pod opiekę prywatnego uzdrowiciela i swojego skrzata domowego. Najpewniej i siostry. Chciał zobaczyć swoje psy.
Prowadzący go uzdrowiciel sugerując mu jako swojemu pacjentowi unikanie przez jakiś czas alkoholu nie przewidział jego udziału w tak przerażających zdarzeniach, w których starał się ocalić część ludzi przed śmiercią, w których przyszło mu się zmierzyć z tym, że części nie był w stanie pomóc i przez to zabrało ich morze. Ilekroć zamknął powieki widział zarysy ich pozbawionych życia sylwetek na powierzchni ciemnego bezmiaru morskiej toni. To, co miało miejsce, wpłynęło na niego jeszcze bardziej - nie powinien pozwolić na to, aby to Laurent poszukiwał Williama. Powinien być bardziej stanowczy. Pomimo odniesionej kontuzji to powinien być on, nawet jeśli nie znał dobrze Wiliama. Nie chodziło o tego czarodzieja.
Przygotowywał się do opuszczenia tego szpitala. Poprawiał swoją marynarkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Podnosząc głowę przeniósł zmęczone spojrzenie na stojącego w tym pomieszczeniu Laurenta. Zadrgały mu kąciki ust, natrafiające na opór mięśni twarzy. Przywołany przez niego uśmiech byłby słaby i zmęczony. Po wszystkich pozytywnych chwilach i dobrym nastroju nie pozostał żaden ślad. Nie potrafił powiedzieć, co teraz będzie.
— Dzień dobry, Laurencie. Ja również, zamierzam dochodzić do siebie w domowym zaciszu. Pod pewnymi względami szpitale mi nie służą. Chciałbym móc powiedzieć, że nigdy nie czułem się lepiej... jednak to nieprawda. Nie czuję się dobrze. — Przywitał się z młodszym mężczyzną, który teraz zamierzał wrócić do swojego życia. Podobnie, jak on. Za stwierdzeniem nie czuję się dobrze stało tak wiele rzeczy i myśli, że potrzebowałby co najmniej godziny albo dwóch na uporządkowanie wszystkiego i wyrażenie tego na głos.
Począwszy od tego, że w jego krwiobiegu brakowało alkoholu, w którym chciał utonąć. Uzdrowiciel, który zasugerował mu tymczasową trzeźwość, nie przewidział udziału swojego pacjenta w tak tragicznych wydarzeniach i walki o swoje życie, zmierzenie się ze swoimi obawami, prób ocalenia innych i starania się aby ochronić bliską sobie osobę.
Potrzebował poczuć, że żyje - potrzebował zrobić coś, co niosło ze sobą ogromny ładunek przeciwstawnych, pozytywnych emocji do tych, których doświadczył na tym statku. Pozostawało jeszcze to, czego podczas tego rejsu zabrakło - zanim wydarzyła się ta tragedia, zawsze ktoś im towarzyszył i trudno było mówić o dłuższej chwili prywatności. Nie znalazł odpowiedzi na niektóre swoje pytania, co w obliczu zaistniałej tragedii traciło na znaczeniu. Na samym końcu było to, że potrzebował pożywnego śniadania, najlepiej spożytego w towarzystwie.
— A ty? — Zapytał po skończeniu swojej wypowiedzi, chcąc się dowiedzieć o stanie zdrowia Laurenta. To, że wychodził dzisiaj ze szpitala, wskazywało na to, że pod względem fizycznym czuje lepiej niż wczoraj. Pytał nie tylko o samopoczucie fizyczne.