20.04.2024, 02:52 ✶
Wywróciła oczami, kiedy odwarknął jej coś, co i tak utonęło w potoku reszty słów, którymi go zalewała. Kiedy byli ze sobą, miała na całą sytuację inne spojrzenie; wtedy nawet nie zawracała sobie tym głowy, bo otoczenie w jakim się wychowała, ani nie należało do tradycyjnych, ani też nie stawiało na piedestale purystycznych idei. Poglądy dotyczące wyższości czarodziejów odpowiedniej krwi były u części rodziny preferowane, ale przede wszystkim liczył się biznes. A ten McKinnonów leżał w kategoriach tak przyziemnych, że słowo 'czystokrwisty' miało znaczenie w dwóch przypadkach; pierwszym było jako wyznacznik grubości portfela, a drugim kiedy jakiś utracjusz określał swoje preferencje zamawiając rozrywkę na wieczór.
Posiadanie małżonka było zwyczajnie opłacalne, ale nie niezbędne do życia. Kiedy jej ojciec dowiedział się o tym, że zadaje się z Mulciberem, przyjął to z pewnym zadowoleniem, ale Ambrosia miała zawsze wrażenie, że chodziło raczej o rodzinny majątek. Potem jednak, kiedy się rozstali, z pewną goryczą traktowała to, jak właściwie samego Alexandra obchodziło tradycyjne podejście do tematu. Nawet teraz miała ochotę przerwać na moment, żeby rzucić mu w twarz, że gdyby faktycznie go to obchodziło, to wziąłby ją za żonę przy pierwszej lepszej okazji, chociażby po samym zakończeniu szkoły. Tylko po to, żeby go podrażnić i stanąć do niego w opozycji.
Ale nie była w stanie się aż tak rozdrabniać. Cokolwiek podkusiło ją do tego, żeby powiedzieć to wszystko, co z siebie wyrzucała, męczyło ją okropnie, jednocześnie nie dając szansy odejść wzbierającej w niej złości. W takich momentach, kiedy się na niego złościła i kiedy łzy piekły ją w policzki, łapała się na ulotnej myśli, że nie rozumie, za co go tak kocha, ale szybko przeganiała ją, jeszcze bardziej rozzłoszczona, tym razem już na siebie.
- To, czego ja nigdy nie chciałam usłyszeć. Nie od ciebie, nie ważne czy mówiłeś to do kogoś innego - warknęła, bo ona się tutaj produkowała, a on wyraźnie wciąż nie rozumiał, o co właściwie była ta cała awantura. To miało być przyjemne, spokojne spotkanie - a przynajmniej w pewien sposób tak chciała, żeby się potoczyło. Żeby nie skakali sobie do oczu i zajęli się dosłownie czymkolwiek innym. Ale najwyraźniej lat zaniedbań nie dało się w pewnym momencie dalej przemilczeć.
W pewnym momencie swojego życia McKinnon doszła do wniosku, że żałowała iż Donald zwyczajnie przełknął słowa Alexandra i nigdy faktycznie się nią nie zainteresował. Jakaś jej część uważała, że gdyby tylko spróbowałby jej coś zrobić, wszystko potoczyłoby się inaczej - prościej. Miałaby wtedy dobry powód, by odpłacić mu się pięknym za nadobne, a nie spoglądać tylko na niego z boku, zastanawiając się dlaczego jego brat tak bardzo się go bał.
Te siedem lat temu, kiedy pakowała w pośpiechu swoje rzeczy w jego mieszkaniu, kiedy przekrzykiwali się na temat tego, co właśnie się wydarzyło, próbował jej wmówić, że powinna się bać Donalda. Że była nierozsądna, nie widząc tego, do czego ten człowiek był zdolny.
Nie mogę się go bać, wycedziła mu wtedy, pakując na oślep jakieś ubrania do torby, patrząc mu w oczy z wyrzutem. Nie mogę się go bać właśnie dlatego, że ty się go boisz.
Jesteś tchórzem. Podsumowała go wtedy, ale nie było w tym takiej złości, jak we wszystkim innym, co mu wtedy mówiła. Był żal i smutek, bo przecież miał ją zawsze obronić, przed wszystkim i wszystkimi. Potem jednak żałowała tych słów. I nigdy nie przestała.
Nigdy też potem nie zwróciła się do niego tymi słowami. W jakiś sposób czuła, że nawet jeśli on sprzeniewierzył się ich związkowi, ona też zdradziła go w jakimś sensie tym rzuconym pod wpływem emocji stwierdzeniem.
Chciała mu bardzo powiedzieć, że wcale nie ma racji, ale kiedy tylko się żachnęła, żeby zaprzeczyć, dotarło do niej, że Alexander w gruncie rzeczy ma teraz rację. Że nie może mu zaoponować. Nawet ją to rozbawiło i gdzieś spod tej wszechobecnej złości wyjrzał na światło dzienne lekki, ledwo zauważalny uśmiech, ale zaraz zniknął, kiedy głos mężczyzny uderzył w charakterystyczny ton.
A może to nie o ton chodziło, tylko o słowo, które się w zdaniach przewijało, bo przecież Ambrosia tak chętnie utożsamiała kartę Diabła z jedną, konkretną osobą, która była obecna w jej życiu. Cedzona przez niego przepowiednia (czy to w ogóle była przepowiednia?) uderzała zbyt blisko do domu, jak na jej komfort i mimo wszystko zesztywniała lekko. Mówił o sobie i o Donaldzie, oczywiście, ale była pewna upiorność w tym, jak dobrze podsumowało to jej relację z Lestrangem.
Ale nie byłaby sobą, gdyby i to jej zaraz nie rozdrażniło. Gdyby zaraz nie spróbowała odwrócić tego w głowie, z właściwym dla siebie złudzeniem próbując zaprezentować sobie tę całą sytuację w sposób dla niej odpowiedni. Z właściwą dla siebie manierą odmawiała przyznać, że grała w tę grę na zasadach Lou. I miała zamiar przy tym obstawiać, póki nie przegra z kretesem.
Wyciągnęła do niego dłoń, sięgając nią do jego twarzy i kładąc ją na moment na policzku. Była w tym geście czułość, tylko potęgowana chwilową troską, która pojawiła się w jej spojrzeniu, tak jak i robiła to za każdym razem, kiedy plótł rzeczy zesłane mu przez klątwę prekognicji.
Chciała tego. Chciała rodziny, kochającej i pełnej ciepła, ale on wyrzucał jej to wtedy, jakby to była zbrodnia, nawet jeśli do tamtej pory wierzyła, że było to jak najbardziej możliwe. Że z nim wszystko mogło mieć miejsce. Ba, jakaś jej naiwna część w tych kategoriach traktowała go już od dawna: kiedy mówiła to jedno słowo, rodzina, podświadomie uwzględniała go w całym równaniu, jakie zachodziło w jej głowie. Najwyraźniej jednak, on patrzył na to zupełnie inaczej.
Czasem się zastanawiała, czy w hołubieniu tego jednego jego błędu, nie chodziło o to, żeby zwyczajnie go złamać. Niepokorność leżała w jego naturze i była to jedna z tych rzeczy, jakie ją w nim pociągały, ale kiedy przepraszał ją na coraz to nowe sposoby, chciała żeby cierpiał dokładnie tak samo jak ona. Za każdym razem kiedy na niego patrzyła, nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że cokolwiek by nie zrobiła to nigdy nie osiągnie podobnego efektu. Obserwowała z pewną ponurą satysfakcją to, jak się przed nią wił, próbując znaleźć drogę powrotną w jej ramiona, ale nie była na tyle okrutna by w pełni oddać się temu, co siedziało jej w głowie.
- I myślisz, że potem nie rzuciłby mi tego twojego kłamstwa w twarz? - zapytała, a jej głos załamał się na moment. Pokręciła głową, bo zachowywał się, jakby to jedno kłamstwo miało zmienić wszystko. Tak jakby jego brat już nigdy miał nie stanąć im na drodze, ale kiedy przyznawał jej się do swojego strachu czy bezradności wobec niego, nie mogła otrząsnąć się z tego dziwnego, wręcz mrożącego krew w żyłach uczucia, że to byłby tylko początek ich problemów z Donaldem. - To było pytanie samo w sobie - syknęła niezadowolona, że wywlekał akurat tę kwestię na wierzch w tym momencie. Ale prawda była taka, że jej mała psota odnośnie Kochanków była tak samo deklaracją, jak i pytaniem, czy był w stanie odpowiedzieć tym samym.
Wspomnienie tej jednej karty wystarczyło, by na moment rozluźniła się. Albo raczej zastanowiła, czy faktycznie chce dalej brnąć w trwającą dyskusję i prawdę powiedziawszy, przez chwilę była w stanie wycofać się. Pozwolić mu mieć chociaż odrobinę racji, bo przecież Kochankowie wciąż znajdowali się na swoich miejscach. Wciąż byli tak samo hołubieni, jej na spodzie jego talii, a jego otwierający jej karty. Ale rozmowy z Alexandrem miały to do siebie, że złość wzbierała niczym fala, przychodząc i odchodząc w rytm wypowiadanych przez niego słów.
To dla ciebie jedno słowo przekreśliło wszystko, nie dla mnie.
Spoliczkowała go, ale było widać, że jest tym wszystkim już zmęczona. I jedyne czego chciała, to żeby objął ją mocno i przytulił. Sprawił, że nie mogła już dalej walczyć i żeby jego ciepło rozlało się po jej ciele, uspokajając wszystko to, co wzburzało się w niej na wszystko co mówił.
- Gdybyś na mnie czekał, Loretta by cię przy sobie nie zatrzymała - powiedziała cicho, jakby trochę wstydziła się tych słów, albo była znużona powtarzaniem ich na różne sposoby.
Gdyby to faktycznie miało w czymś pomóc, chętnie zacisnęłaby dłonie na jego gardle i patrząc mu prosto w oczy, patrzyła cierpliwie. Będziesz oddychał wtedy, kiedy ci na to pozwolę, szeptałaby mu cicho, tak żeby czuł jej oddech na swoich ustach. Zostawiłaby mu na szyi ślady, żeby zawsze o niej pamiętał, ale nie zrobiłaby tego by czuł jej ból, ale dlatego że miała poczucie iż gdyby pozwoliła swojej miłości płynąć wartko, ta okazałaby się wręcz dławiącym, uniemożliwiającym złapanie oddechu oddaniem. Jestem twoja, mówiła mu czasem, nawet we Francji powtarzając te słowa, ale gdzieś za nimi zawsze kryło się a ty jesteś mój. Ale on nie zawsze zachowywał się tak, jakby faktycznie należał do niej, a w jej głowie ta akurat wymiana musiała być równowarta. Dlatego gdyby tylko mogła, rozłożyłaby go na części pierwsze, kawałek po kawałku, żeby znaleźć źródło dręczących go problemów. Jego niepewności i lęki, wszystko to co wypaczało jego jestestwo, tylko po to żeby mogła wyciąć to niczym chorobę. Potem poskładałaby go w całość z największą czułością.
- Przestań - syknęła, ale była w tym jakaś rozpacz, szczególnie kiedy uniosła dłonie, żeby zakryć nimi uszy, kiedy on nakręcał chłodno kolejne słowa. Próbowała się odsunąć, odwrócił, ale jego dłonie osadzały ją w miejscu, z czym niespecjalnie próbowała walczyć. Czuła się trochę, jakby próbował z niej szydzić. Mów głośniej, zamilkła, bo słowa więzły jej w gardle. Uderz mnie jeszcze raz, nie miało znaczenia ile razy by go uderzyła, więc czemu miała to robić znowu tylko dlatego, że jej kazał? Przestań płakać, poczuła tylko jak łzy znowu spływają po policzkach. Wmawiaj sobie, że pojechałem do tej jebanej Grecji, oddech zadrżał jej spazmatycznie, bo przecież wierzyła w to przez tyle lat. A on ani razu nie wyprowadził jej z błędu. Bo nie proszę, żebyś odpuściła mnie - tylko żebyś odpuściła samej sobie, jęknęła, czując jak trafia ją szlag. Jak mimowolnie zaciska palce na złotych pasmach włosów, na moment próbując ukierunkować ból wzbierających emocji, zanim w pełni się na tym złapała i odpuściła. Z ociąganiem i sztywno, nie skupiając się do końca na jego słowach, a raczej na samym tonie, który łagodnością podpowiadał jej jak powinna zareagować.
Ale kiedy był teraz taki delikatny, nie mogła spojrzeć mu w oczy. Czuła się jak skończona idiotka, co prawda nie pierwszy i nie ostatni raz w swoim życiu, ale w jakiś sposób zawsze było jej wstyd, kiedy ze swoimi urojeniami zdradzała się akurat przed nim. Przyjęła jego dotyk z ochotą, nawet drobnym gestem twarzy zanurzając się w tej czułości nieco bardziej, tak samo też pozwalając mu poprowadzić się do światła. Ale kiedy poczuła na twarzy promienie, odwróciła twarz w bok, od słońca. Pokręciła głową.
- Nie - jej kąciki ust wygięły się na moment zdradziecko w dół. Położyła dłonie na jego rękach. - Nie spieraj się ze mną, po prostu mi pozwól - rzuciła, jakby bojąc się, że jeśli spróbuje bez słowa zrobić co chciała, to zwyczajnie się jej sprzeniewierzy. Pociągnęła go do siebie, tak by oboje znaleźli się w tych nieśmiałych, ulotnych promieniach słońca, które zaglądały do zaułka. Ustawiła ich bokiem, tak żeby przypadkiem nie kryła się w jego cieniu. Tak, żeby oboje czuli to charakterystyczne ciepło. - Jesteś moim Słońcem. - rzuciła spokojnie, z jakimś echem jeszcze niedawnych wyrzutów, które jednak z każdym kolejnym słowem przestawało pobrzmiewać. - A ja jestem twoim. Jeśli chcesz, żebym cieszyła się jego ciepłem, to tylko jeśli będziesz stał obok mnie. Tylko, jeśli też będziesz w jego świetle, zamiast chować się w cieniu - zajrzała mu w oczy łagodnie, nie będąc jednak w stanie wysilić się na uśmiech.
Posiadanie małżonka było zwyczajnie opłacalne, ale nie niezbędne do życia. Kiedy jej ojciec dowiedział się o tym, że zadaje się z Mulciberem, przyjął to z pewnym zadowoleniem, ale Ambrosia miała zawsze wrażenie, że chodziło raczej o rodzinny majątek. Potem jednak, kiedy się rozstali, z pewną goryczą traktowała to, jak właściwie samego Alexandra obchodziło tradycyjne podejście do tematu. Nawet teraz miała ochotę przerwać na moment, żeby rzucić mu w twarz, że gdyby faktycznie go to obchodziło, to wziąłby ją za żonę przy pierwszej lepszej okazji, chociażby po samym zakończeniu szkoły. Tylko po to, żeby go podrażnić i stanąć do niego w opozycji.
Ale nie była w stanie się aż tak rozdrabniać. Cokolwiek podkusiło ją do tego, żeby powiedzieć to wszystko, co z siebie wyrzucała, męczyło ją okropnie, jednocześnie nie dając szansy odejść wzbierającej w niej złości. W takich momentach, kiedy się na niego złościła i kiedy łzy piekły ją w policzki, łapała się na ulotnej myśli, że nie rozumie, za co go tak kocha, ale szybko przeganiała ją, jeszcze bardziej rozzłoszczona, tym razem już na siebie.
- To, czego ja nigdy nie chciałam usłyszeć. Nie od ciebie, nie ważne czy mówiłeś to do kogoś innego - warknęła, bo ona się tutaj produkowała, a on wyraźnie wciąż nie rozumiał, o co właściwie była ta cała awantura. To miało być przyjemne, spokojne spotkanie - a przynajmniej w pewien sposób tak chciała, żeby się potoczyło. Żeby nie skakali sobie do oczu i zajęli się dosłownie czymkolwiek innym. Ale najwyraźniej lat zaniedbań nie dało się w pewnym momencie dalej przemilczeć.
W pewnym momencie swojego życia McKinnon doszła do wniosku, że żałowała iż Donald zwyczajnie przełknął słowa Alexandra i nigdy faktycznie się nią nie zainteresował. Jakaś jej część uważała, że gdyby tylko spróbowałby jej coś zrobić, wszystko potoczyłoby się inaczej - prościej. Miałaby wtedy dobry powód, by odpłacić mu się pięknym za nadobne, a nie spoglądać tylko na niego z boku, zastanawiając się dlaczego jego brat tak bardzo się go bał.
Te siedem lat temu, kiedy pakowała w pośpiechu swoje rzeczy w jego mieszkaniu, kiedy przekrzykiwali się na temat tego, co właśnie się wydarzyło, próbował jej wmówić, że powinna się bać Donalda. Że była nierozsądna, nie widząc tego, do czego ten człowiek był zdolny.
Nie mogę się go bać, wycedziła mu wtedy, pakując na oślep jakieś ubrania do torby, patrząc mu w oczy z wyrzutem. Nie mogę się go bać właśnie dlatego, że ty się go boisz.
Jesteś tchórzem. Podsumowała go wtedy, ale nie było w tym takiej złości, jak we wszystkim innym, co mu wtedy mówiła. Był żal i smutek, bo przecież miał ją zawsze obronić, przed wszystkim i wszystkimi. Potem jednak żałowała tych słów. I nigdy nie przestała.
Nigdy też potem nie zwróciła się do niego tymi słowami. W jakiś sposób czuła, że nawet jeśli on sprzeniewierzył się ich związkowi, ona też zdradziła go w jakimś sensie tym rzuconym pod wpływem emocji stwierdzeniem.
Chciała mu bardzo powiedzieć, że wcale nie ma racji, ale kiedy tylko się żachnęła, żeby zaprzeczyć, dotarło do niej, że Alexander w gruncie rzeczy ma teraz rację. Że nie może mu zaoponować. Nawet ją to rozbawiło i gdzieś spod tej wszechobecnej złości wyjrzał na światło dzienne lekki, ledwo zauważalny uśmiech, ale zaraz zniknął, kiedy głos mężczyzny uderzył w charakterystyczny ton.
A może to nie o ton chodziło, tylko o słowo, które się w zdaniach przewijało, bo przecież Ambrosia tak chętnie utożsamiała kartę Diabła z jedną, konkretną osobą, która była obecna w jej życiu. Cedzona przez niego przepowiednia (czy to w ogóle była przepowiednia?) uderzała zbyt blisko do domu, jak na jej komfort i mimo wszystko zesztywniała lekko. Mówił o sobie i o Donaldzie, oczywiście, ale była pewna upiorność w tym, jak dobrze podsumowało to jej relację z Lestrangem.
Ale nie byłaby sobą, gdyby i to jej zaraz nie rozdrażniło. Gdyby zaraz nie spróbowała odwrócić tego w głowie, z właściwym dla siebie złudzeniem próbując zaprezentować sobie tę całą sytuację w sposób dla niej odpowiedni. Z właściwą dla siebie manierą odmawiała przyznać, że grała w tę grę na zasadach Lou. I miała zamiar przy tym obstawiać, póki nie przegra z kretesem.
Wyciągnęła do niego dłoń, sięgając nią do jego twarzy i kładąc ją na moment na policzku. Była w tym geście czułość, tylko potęgowana chwilową troską, która pojawiła się w jej spojrzeniu, tak jak i robiła to za każdym razem, kiedy plótł rzeczy zesłane mu przez klątwę prekognicji.
Chciała tego. Chciała rodziny, kochającej i pełnej ciepła, ale on wyrzucał jej to wtedy, jakby to była zbrodnia, nawet jeśli do tamtej pory wierzyła, że było to jak najbardziej możliwe. Że z nim wszystko mogło mieć miejsce. Ba, jakaś jej naiwna część w tych kategoriach traktowała go już od dawna: kiedy mówiła to jedno słowo, rodzina, podświadomie uwzględniała go w całym równaniu, jakie zachodziło w jej głowie. Najwyraźniej jednak, on patrzył na to zupełnie inaczej.
Czasem się zastanawiała, czy w hołubieniu tego jednego jego błędu, nie chodziło o to, żeby zwyczajnie go złamać. Niepokorność leżała w jego naturze i była to jedna z tych rzeczy, jakie ją w nim pociągały, ale kiedy przepraszał ją na coraz to nowe sposoby, chciała żeby cierpiał dokładnie tak samo jak ona. Za każdym razem kiedy na niego patrzyła, nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że cokolwiek by nie zrobiła to nigdy nie osiągnie podobnego efektu. Obserwowała z pewną ponurą satysfakcją to, jak się przed nią wił, próbując znaleźć drogę powrotną w jej ramiona, ale nie była na tyle okrutna by w pełni oddać się temu, co siedziało jej w głowie.
- I myślisz, że potem nie rzuciłby mi tego twojego kłamstwa w twarz? - zapytała, a jej głos załamał się na moment. Pokręciła głową, bo zachowywał się, jakby to jedno kłamstwo miało zmienić wszystko. Tak jakby jego brat już nigdy miał nie stanąć im na drodze, ale kiedy przyznawał jej się do swojego strachu czy bezradności wobec niego, nie mogła otrząsnąć się z tego dziwnego, wręcz mrożącego krew w żyłach uczucia, że to byłby tylko początek ich problemów z Donaldem. - To było pytanie samo w sobie - syknęła niezadowolona, że wywlekał akurat tę kwestię na wierzch w tym momencie. Ale prawda była taka, że jej mała psota odnośnie Kochanków była tak samo deklaracją, jak i pytaniem, czy był w stanie odpowiedzieć tym samym.
Wspomnienie tej jednej karty wystarczyło, by na moment rozluźniła się. Albo raczej zastanowiła, czy faktycznie chce dalej brnąć w trwającą dyskusję i prawdę powiedziawszy, przez chwilę była w stanie wycofać się. Pozwolić mu mieć chociaż odrobinę racji, bo przecież Kochankowie wciąż znajdowali się na swoich miejscach. Wciąż byli tak samo hołubieni, jej na spodzie jego talii, a jego otwierający jej karty. Ale rozmowy z Alexandrem miały to do siebie, że złość wzbierała niczym fala, przychodząc i odchodząc w rytm wypowiadanych przez niego słów.
To dla ciebie jedno słowo przekreśliło wszystko, nie dla mnie.
Spoliczkowała go, ale było widać, że jest tym wszystkim już zmęczona. I jedyne czego chciała, to żeby objął ją mocno i przytulił. Sprawił, że nie mogła już dalej walczyć i żeby jego ciepło rozlało się po jej ciele, uspokajając wszystko to, co wzburzało się w niej na wszystko co mówił.
- Gdybyś na mnie czekał, Loretta by cię przy sobie nie zatrzymała - powiedziała cicho, jakby trochę wstydziła się tych słów, albo była znużona powtarzaniem ich na różne sposoby.
Gdyby to faktycznie miało w czymś pomóc, chętnie zacisnęłaby dłonie na jego gardle i patrząc mu prosto w oczy, patrzyła cierpliwie. Będziesz oddychał wtedy, kiedy ci na to pozwolę, szeptałaby mu cicho, tak żeby czuł jej oddech na swoich ustach. Zostawiłaby mu na szyi ślady, żeby zawsze o niej pamiętał, ale nie zrobiłaby tego by czuł jej ból, ale dlatego że miała poczucie iż gdyby pozwoliła swojej miłości płynąć wartko, ta okazałaby się wręcz dławiącym, uniemożliwiającym złapanie oddechu oddaniem. Jestem twoja, mówiła mu czasem, nawet we Francji powtarzając te słowa, ale gdzieś za nimi zawsze kryło się a ty jesteś mój. Ale on nie zawsze zachowywał się tak, jakby faktycznie należał do niej, a w jej głowie ta akurat wymiana musiała być równowarta. Dlatego gdyby tylko mogła, rozłożyłaby go na części pierwsze, kawałek po kawałku, żeby znaleźć źródło dręczących go problemów. Jego niepewności i lęki, wszystko to co wypaczało jego jestestwo, tylko po to żeby mogła wyciąć to niczym chorobę. Potem poskładałaby go w całość z największą czułością.
- Przestań - syknęła, ale była w tym jakaś rozpacz, szczególnie kiedy uniosła dłonie, żeby zakryć nimi uszy, kiedy on nakręcał chłodno kolejne słowa. Próbowała się odsunąć, odwrócił, ale jego dłonie osadzały ją w miejscu, z czym niespecjalnie próbowała walczyć. Czuła się trochę, jakby próbował z niej szydzić. Mów głośniej, zamilkła, bo słowa więzły jej w gardle. Uderz mnie jeszcze raz, nie miało znaczenia ile razy by go uderzyła, więc czemu miała to robić znowu tylko dlatego, że jej kazał? Przestań płakać, poczuła tylko jak łzy znowu spływają po policzkach. Wmawiaj sobie, że pojechałem do tej jebanej Grecji, oddech zadrżał jej spazmatycznie, bo przecież wierzyła w to przez tyle lat. A on ani razu nie wyprowadził jej z błędu. Bo nie proszę, żebyś odpuściła mnie - tylko żebyś odpuściła samej sobie, jęknęła, czując jak trafia ją szlag. Jak mimowolnie zaciska palce na złotych pasmach włosów, na moment próbując ukierunkować ból wzbierających emocji, zanim w pełni się na tym złapała i odpuściła. Z ociąganiem i sztywno, nie skupiając się do końca na jego słowach, a raczej na samym tonie, który łagodnością podpowiadał jej jak powinna zareagować.
Ale kiedy był teraz taki delikatny, nie mogła spojrzeć mu w oczy. Czuła się jak skończona idiotka, co prawda nie pierwszy i nie ostatni raz w swoim życiu, ale w jakiś sposób zawsze było jej wstyd, kiedy ze swoimi urojeniami zdradzała się akurat przed nim. Przyjęła jego dotyk z ochotą, nawet drobnym gestem twarzy zanurzając się w tej czułości nieco bardziej, tak samo też pozwalając mu poprowadzić się do światła. Ale kiedy poczuła na twarzy promienie, odwróciła twarz w bok, od słońca. Pokręciła głową.
- Nie - jej kąciki ust wygięły się na moment zdradziecko w dół. Położyła dłonie na jego rękach. - Nie spieraj się ze mną, po prostu mi pozwól - rzuciła, jakby bojąc się, że jeśli spróbuje bez słowa zrobić co chciała, to zwyczajnie się jej sprzeniewierzy. Pociągnęła go do siebie, tak by oboje znaleźli się w tych nieśmiałych, ulotnych promieniach słońca, które zaglądały do zaułka. Ustawiła ich bokiem, tak żeby przypadkiem nie kryła się w jego cieniu. Tak, żeby oboje czuli to charakterystyczne ciepło. - Jesteś moim Słońcem. - rzuciła spokojnie, z jakimś echem jeszcze niedawnych wyrzutów, które jednak z każdym kolejnym słowem przestawało pobrzmiewać. - A ja jestem twoim. Jeśli chcesz, żebym cieszyła się jego ciepłem, to tylko jeśli będziesz stał obok mnie. Tylko, jeśli też będziesz w jego świetle, zamiast chować się w cieniu - zajrzała mu w oczy łagodnie, nie będąc jednak w stanie wysilić się na uśmiech.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror