20.04.2024, 09:07 ✶
Ach, bordowo złota.
Właściciel pewnie był Gryfonem.
- Nie wiem, ale ją znajdę – zapewniła Brenna. Po pierwsze, klienci nie zaangażowani w bójkę dawno już uciekli, a tych zaangażowanych zabrała Brygada Uderzeniowa, więc w szatni powinny być już pojedyncze kurtki. Po drugie, jeśli nawet pracownik nie będzie wiedział, to mogła zmienić w wilka i po prostu znaleźć właściwy zapach. Tak było prościej niż ciągnąć za sobą półprzytomnego Basiliusa nie – oberwałem – żadnym – zaklęciem i pewnie jeszcze wcale – zaraz – nie – zasłabnę do szatni.
Przystanęła, gdy poprosił, żeby chwilę poczekała, zakładając, że padnie coś w stylu „jednak trzeba wezwać uzdrowiciela” albo „płaszcz jest brązowy”. Ale nie. Zamiast tego faktycznie zabrzmiał jak narkoman, i to taki rasowy, albo już bardzo skundlony, na absolutnym głodzie narkotykowym. Brenna jednak bardzo cierpliwie poczekała na ciąg dalszy, bo Basilius zdał egzaminy uzdrowicielskie, znaczy się – nie był absolutną idiotą. A nie wyglądał też, jakby był w stanie takiego absolutnego głodu narkotycznego, gdy już było się gotowym mordować, byleby dostać jeszcze jedną dawkę. To zaś oznaczało, że być może jednak nie chodziło o narkotyki, bo przecież tylko albo absolutny idiota, albo ktoś w najgorszym głodzie, prosiłby o dostarczenie takich Brygadzistkę. I jasne, znajomą ze szkoły, która go lubiła, ale właśnie znajomą przecież, a nie najlepszą przyjaciółkę. Vincentowi może ten narkotyk by dała, a potem, jak już poczułby się lepiej, wbiła go w podłogę. Basiliusa raczej zawlekłaby od razu za fraki do Munga.
Wyjaśnienia na szczęście potwierdziły, że Prewett nie był ani kretynem, ani najlepszym aktorem pod słońcem, co nawet skrajny głód narkotyczny potrafił tak doskonale zamaskować.
– Rozumiem – powiedziała, bardzo starając się nie pokazać po sobie, że mu współczuje. Włochatość była paskudną chorobą, jeden z jej znajomych w szkole na nią cierpiał, a Brenna absolutnie nie wyobrażała sobie życia, w którym nie możesz swobodnie biegać, włazić na wszystkie drzewa w okolicy czy pobić się z bratem, bo coś paskudnego porasta twoje serce. Basilius pewnie nie życzył sobie jej współczucia. W ogóle zdawał się dość zakłopotany, że się musi do tego przyznawać. – W takim razie zaraz wrócę z płaszczem i z eliksirem – oświadczyła. I ponieważ wyglądał, jakby miał zamiar naprawdę zaraz omdleć, powstrzymała się przed „dlaczego do licha, nie wspomniałeś o tym wcześniej, ktoś z nas by ci to już dziesięć razy przyniósł”. – Na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela? – upewniła się, zanim zrobiła w tył zwrot, ku szatni, odległość w tę i z powrotem pokonując – jak to ona – w tempie błyskawicy. Faktycznie znalezienie odpowiedniego płaszcza zajęła jej równo minutę.
Właściciel pewnie był Gryfonem.
- Nie wiem, ale ją znajdę – zapewniła Brenna. Po pierwsze, klienci nie zaangażowani w bójkę dawno już uciekli, a tych zaangażowanych zabrała Brygada Uderzeniowa, więc w szatni powinny być już pojedyncze kurtki. Po drugie, jeśli nawet pracownik nie będzie wiedział, to mogła zmienić w wilka i po prostu znaleźć właściwy zapach. Tak było prościej niż ciągnąć za sobą półprzytomnego Basiliusa nie – oberwałem – żadnym – zaklęciem i pewnie jeszcze wcale – zaraz – nie – zasłabnę do szatni.
Przystanęła, gdy poprosił, żeby chwilę poczekała, zakładając, że padnie coś w stylu „jednak trzeba wezwać uzdrowiciela” albo „płaszcz jest brązowy”. Ale nie. Zamiast tego faktycznie zabrzmiał jak narkoman, i to taki rasowy, albo już bardzo skundlony, na absolutnym głodzie narkotykowym. Brenna jednak bardzo cierpliwie poczekała na ciąg dalszy, bo Basilius zdał egzaminy uzdrowicielskie, znaczy się – nie był absolutną idiotą. A nie wyglądał też, jakby był w stanie takiego absolutnego głodu narkotycznego, gdy już było się gotowym mordować, byleby dostać jeszcze jedną dawkę. To zaś oznaczało, że być może jednak nie chodziło o narkotyki, bo przecież tylko albo absolutny idiota, albo ktoś w najgorszym głodzie, prosiłby o dostarczenie takich Brygadzistkę. I jasne, znajomą ze szkoły, która go lubiła, ale właśnie znajomą przecież, a nie najlepszą przyjaciółkę. Vincentowi może ten narkotyk by dała, a potem, jak już poczułby się lepiej, wbiła go w podłogę. Basiliusa raczej zawlekłaby od razu za fraki do Munga.
Wyjaśnienia na szczęście potwierdziły, że Prewett nie był ani kretynem, ani najlepszym aktorem pod słońcem, co nawet skrajny głód narkotyczny potrafił tak doskonale zamaskować.
– Rozumiem – powiedziała, bardzo starając się nie pokazać po sobie, że mu współczuje. Włochatość była paskudną chorobą, jeden z jej znajomych w szkole na nią cierpiał, a Brenna absolutnie nie wyobrażała sobie życia, w którym nie możesz swobodnie biegać, włazić na wszystkie drzewa w okolicy czy pobić się z bratem, bo coś paskudnego porasta twoje serce. Basilius pewnie nie życzył sobie jej współczucia. W ogóle zdawał się dość zakłopotany, że się musi do tego przyznawać. – W takim razie zaraz wrócę z płaszczem i z eliksirem – oświadczyła. I ponieważ wyglądał, jakby miał zamiar naprawdę zaraz omdleć, powstrzymała się przed „dlaczego do licha, nie wspomniałeś o tym wcześniej, ktoś z nas by ci to już dziesięć razy przyniósł”. – Na pewno nie potrzebujesz uzdrowiciela? – upewniła się, zanim zrobiła w tył zwrot, ku szatni, odległość w tę i z powrotem pokonując – jak to ona – w tempie błyskawicy. Faktycznie znalezienie odpowiedniego płaszcza zajęła jej równo minutę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.