20.04.2024, 13:29 ✶
Znów się na nią patrzył. Spokojnie, ale nie dlatego, że był człowiekiem z natury spokojnym... wręcz przeciwnie! Był tym człowiekiem, po którym spodziewać się można było kaskady emocji spływających po ciele i duszy - momentami wydawało się, że on ich nie przeżywał tylko był nimi, stawał się tym, co czuł i zarażał tym innych, potrafiąc raz wynieść kogoś na piedestał, pokazać mu jak to jest być szczęśliwym i skosztować czegoś prawdziwego, innym razem... pociągnąć go ze sobą w dół. Tam, gdzie spadał obciążony swoimi potwornymi myślami. Milczał. Milczenie akurat do niego pasowało. Cisza, bo przecież niewiele dało się tak naprawdę przekazać słowami. Cisza, bo w jego głowie było zwykle na tyle głośno, aby nie czuł potrzeby niszczenia chwil, w których nikt się nie odzywał. Ale ta cisza była inna. Ta cisza była toksyczna. Ona - była tam, piękna, przeżywająca coś w środku, chcąca tym spotkaniem odbić sobie to, o nie wychodziło jej w codziennym życiu. On - po prostu był tam. Absolutnie pusty.
Jego mina nie wyrażała niczego.
Przejechał raz dłonią po tym łysym łbie, a potem po prostu siedział. I tak, jego oczy spoczywały na Mildred. Tak, rejestrował jej ruchy. I co? I nic. Jeden rzut na Crowa wystarczył, aby wiedzieć, że mogłaby zrobić tutaj cokolwiek. Zabrać mu te narkotyki i wyjść, wyskoczyć przez okno, walnąć go w gębę i nigdy więcej się tutaj nie pojawić, a on najpewniej w ogóle na to nie zareaguje. Nikomu o tym nie opowie. Był jak duch. Duch, który niemrawo skinął głową w odpowiedzi na jej odmowę. Nie zamierzał do niczego zmuszać kogoś, kto najwyraźniej posiadał więcej powodów do normalnego funkcjonowania od kogoś w jego pozycji. Przymknął oczy i otworzył je dopiero w momencie, kiedy dziewczyna gwałtownie poderwała się z łóżka. Zbadał ją tym swoim rozbieganym wzrokiem jeszcze raz, doszukując się w niej faktycznej potrzeby pomocy, albo po prostu kolejnej chęci rozładowania napięcia przy ataku histerii.
Pytała się nożownika czy miał nóż.
- O-oczywiscie, że mam, słodziutka - zająknął się, ale ewidentnie nie w przerażeniu przed tym jak się zachowywała, po prostu tak mówił. Nie miał siły na zakładanie na siebie maski, po prostu odkleił się od tej poduszki i sięgnął po swoje spodnie, przy których faktycznie - nosił nie jeden, a dwa noże. Odpiął go i podał jej, jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie wpadła w jakiś koszmarny atak paniki i nie powinien zapytać: czy wszystko w porządku? Dobrze wiedział, że nic nie było w porządku. I nic nie będzie w porządku. Mógłby jeszcze wyjechać do Stanów, przeżyć coś, zanim odejdzie, ale tak poza tym... Nic nie miało już większego znaczenia. Nie wiedział, jak trafił do tej myśli. Wydawało mu się, że do tego pomieszczenia wszedł z resztkami nadziei. - Proszę - powiedział cicho, siadając tym na krawędzi łóżka. Na kilka sekund schował twarz w dłoniach, pocierając ją niezgrabnymi ruchami. Najwyraźniej nie bał się w ogóle tego, co zamierzała zrobić - ale też - nawet w tym stanie byłby gotów zablokować jakiś gwałtowniejszy ruch wymierzony we własnym kierunku. Z drugiej strony - czasami wydawało mu się, że światu byłoby łatwiej, gdyby nie dał rady. Może nawet gwiazdy, które tak kochał, zamigotałyby w podzięce.
Na krawędzi cholernie ostrego ostrza i tak znajdował się już ślad zeschniętej krwi.
Jego mina nie wyrażała niczego.
Przejechał raz dłonią po tym łysym łbie, a potem po prostu siedział. I tak, jego oczy spoczywały na Mildred. Tak, rejestrował jej ruchy. I co? I nic. Jeden rzut na Crowa wystarczył, aby wiedzieć, że mogłaby zrobić tutaj cokolwiek. Zabrać mu te narkotyki i wyjść, wyskoczyć przez okno, walnąć go w gębę i nigdy więcej się tutaj nie pojawić, a on najpewniej w ogóle na to nie zareaguje. Nikomu o tym nie opowie. Był jak duch. Duch, który niemrawo skinął głową w odpowiedzi na jej odmowę. Nie zamierzał do niczego zmuszać kogoś, kto najwyraźniej posiadał więcej powodów do normalnego funkcjonowania od kogoś w jego pozycji. Przymknął oczy i otworzył je dopiero w momencie, kiedy dziewczyna gwałtownie poderwała się z łóżka. Zbadał ją tym swoim rozbieganym wzrokiem jeszcze raz, doszukując się w niej faktycznej potrzeby pomocy, albo po prostu kolejnej chęci rozładowania napięcia przy ataku histerii.
Pytała się nożownika czy miał nóż.
- O-oczywiscie, że mam, słodziutka - zająknął się, ale ewidentnie nie w przerażeniu przed tym jak się zachowywała, po prostu tak mówił. Nie miał siły na zakładanie na siebie maski, po prostu odkleił się od tej poduszki i sięgnął po swoje spodnie, przy których faktycznie - nosił nie jeden, a dwa noże. Odpiął go i podał jej, jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie wpadła w jakiś koszmarny atak paniki i nie powinien zapytać: czy wszystko w porządku? Dobrze wiedział, że nic nie było w porządku. I nic nie będzie w porządku. Mógłby jeszcze wyjechać do Stanów, przeżyć coś, zanim odejdzie, ale tak poza tym... Nic nie miało już większego znaczenia. Nie wiedział, jak trafił do tej myśli. Wydawało mu się, że do tego pomieszczenia wszedł z resztkami nadziei. - Proszę - powiedział cicho, siadając tym na krawędzi łóżka. Na kilka sekund schował twarz w dłoniach, pocierając ją niezgrabnymi ruchami. Najwyraźniej nie bał się w ogóle tego, co zamierzała zrobić - ale też - nawet w tym stanie byłby gotów zablokować jakiś gwałtowniejszy ruch wymierzony we własnym kierunku. Z drugiej strony - czasami wydawało mu się, że światu byłoby łatwiej, gdyby nie dał rady. Może nawet gwiazdy, które tak kochał, zamigotałyby w podzięce.
Na krawędzi cholernie ostrego ostrza i tak znajdował się już ślad zeschniętej krwi.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.