Za dużo złej krwi przelało się między nimi. Teraz przelało się za dużo słonej wody. Laurent znalazł się na mecie. Dość. Wystarczy już tego... wszystkiego. Wystarczy tego gówna w jego życiu, wystarczy tych przeciwności, wystarczy tej złej krwi i tego, że non stop kończyli w dokładnie tym samym punkcie z Philipem, w jakim się znaleźli. Był tym zmęczony. Może takie było ich przeznaczenie, a może to nigdy nie mogło się udać i Laurent tylko przez moment oszukiwał samego siebie. Sam nie wiedział. Teraz chciał tylko iść do domu, trzasnąć drzwiami i zostawić to wszystko daleko za sobą. Wszystko i wszystkich najlepiej, włącznie ze swoim Newforest, z Philipem, ze wspomnieniami tego przeklętego rejsu. Z tym, że przypałętał się Crow pod jego nogi, że chyba Perseus złapał obsesję, że słodki Isaac się tak ślicznie uśmiechał i że Dante uśmiechał się kiedyś do niego podobnie. Chciał zapomnieć o wszystkim. Znaleźć się w czarnej pustce... znaleźć się pod wodą. Głęboko, gdzie nie sięgały ludzkie ręce i tylko koszmary pływały między lodowatymi piaskami. Oj tak, bo na dnie oceanu było zimno, kochanie. Zabójczo zimno.
Przymknął oczy na moment i wziął powolny, ale głęboki wdech. Wszystko w szpitalu pachniało ziołami, czystością, naparami, którymi poiło się rannych, bo nic nie było w stanie zastąpić dobrego opatrunku i syropku na wszelkie bolączki. Magia była zbyt nietrwała - mogła tylko pomóc w ramach pierwszej reakcji. Philip się delikatnie uśmiechał, kiedy te powieki rozchylił. Wyglądał słabo, jakby mógł mieć problemy z nawet tak prozaiczną czynnością, jaką jest podniesienie się z łóżka.
- Szpitale służą tym, którzy ich potrzebują. - Czyli dokładnie takim osobom jak Philip przedwczoraj albo właśnie tym, którzy woleli przebywać w takim szpitalu niż sam na sam w ciszy swojego domu. Starsi ludzie, na ten przykład, czasem woleli pokręcić się po lekarzach tylko po to, żeby zabić samotność, w której się utopili. Skoro lekarz uznał, że Philip może już wrócić do domu to znaczy, że rzeczywiście był w stanie tam sobie poradzić będąc pod opieką kogoś już na miejscu. Tacy jak oni mogli sobie to pozwolić - gdyby nie to zapewne nie pozwoliliby im na takie szybkie zmycie się do swoich bezpiecznych czterech kątów. - Niektóre kłamstwa są zbyt oczywiste. - Uśmiechnął się delikatnie, z rozbawieniem na te słowa, że chciał powiedzieć, że się świetnie czuje, ale się na to nie zebrał. To byłoby właśnie to zbyt oczywiste kłamstwo, bo wystarczyło na blondyna spojrzeć, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Ale to już nie będzie jego sprawa, tak? Philip miał brata, siostrę, miał swoją rodzinę. On sam miał Florence, miał Edwarda... och, kiedy Edward dowie się o tym wszystkim... Samo wkroczenie na ten strumień myśli przyprawiało go o ból głowy. A pewnie się dowie. Taki wypadek nie przejdzie bez echa w Proroku Codziennym.
- Nie jest źle. Zagoi się. - I wyleczy. Podparł się plecami ściany, żeby oddać jej część swojego ciężaru, chociaż wcale nie planował zostawić tu na dłużej. - Cieszę się, że nic poważniejszego ci nie jest. William już opuścił szpital. Jeśli cię to interesuje. - Mogło nie obchodzić nic. A o tym, kto zginął i ile zginęło osób - nie chciał tego nawet do siebie dopuszczać.