20.04.2024, 16:13 ✶
Jakże bolesna była świadomość odtrącenia przez ukochaną osobę; ta róża, która zakwitła we wnętrzu Laurenta, wbijała się teraz cierniami w serce Perseusa, aż zaparło mu dech w piersiach. Kochał go – zdawało mu się, że ta miłość wzbiera w nim gorącą falą, która obija się o jego wnętrze i wyniszcza od środka. Jak linia lądu, która ustępuje morzu. Jak skała, która odrywa się od klifu i tonie w spienionym błękicie, tak Perseus tonął w oczach Laurenta.
Z miłości i szacunku nie próbował przekroczyć więc granicy. Nie forsował ściany, którą tak mozolnie stawiał. Powiedział przecież, że nie chodzi mu o seks. Może też zrezygnować z dotyku, jeśli tylko Prewett sobie tego życzy. Musiał jednak z nim porozmawiać, omówić to, co nie dawało mu spokoju. Nie miał w tym żadnej osobistej korzyści, poza ulgą, jaka spłynie na niego, gdy upewni się, że Laurent jest bezpieczny. Tylko tyle.
— Tego właśnie próbuję się dowiedzieć — odpowiedział spokojnie, obdarzając go przy tym łagodnym, choć smutnym uśmiechem. — Mam pewną teorię... co do tego miejsca, ale najpierw chciałbym... chciałbym się upewnić, czy to nie moja wyobraźnia.
Należy tutaj wyjaśnić, że Perseus miewał skłonności do bujania w obłokach i rozpaloną wyobraźnię, ukierunkowaną na doszukiwanie się ukrytych szczegółów; widywał oczy w korze brzóz, szpony w nagich konarach, twarze zaglądające do okien jego sypialni na Grimmauld Place, choć znajdowała się na drugim piętrze. Widział aureolę otaczającą głowę Laurenta. Kroczył pomiędzy jawą snem, zawsze jedną nogą w którymś z tych światów, nigdy stąpając obiema w jednym. Szalony? Tak, być może był odrobinę szalony. Kto normalny żyłby w taki sposób, jak on?
— Przepraszam, po prostu... przestraszyłem się tego i chciałem jak najszybciej cię stamtąd zabrać, to nie... to nie miało być — na samą myśl o tym, że Perseus w swoim rozgorączkowaniu przypominać Laurentowi o tych, którzy go skrzywdzili, robiło mu się niedobrze. Czy to dlatego zwiększał między nimi dystans? — Laurent, widzę, że się mnie boisz. Czy to dlatego, że kojarzę ci sie z czymś... nieprzyjemnym? Przepraszam, naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego... Bo przecież najgorsze czego możesz się po mnie spodziewać, to to, że podstawię ci laskę pod nogi, jednak zapewniam, że nie miałbym w tym żadnej korzyści.
Uśmiechnął się, a grymas ten był tak samo niezgrabny, co jego żart. Nie zamierzał prosić Laurenta, aby mu zaufał. Zaufanie to coś, co budowało się powoli swoimi czynami, a nie przychodziło na prośbę. Skinął głową i powoli ruszył przed siebie.
— Widziałeś kiedyś widmo Breckenu? Kiedy światło pada za plecami wędrowca i rzuca jego cień, wokół którego lśni tęczowa poświata. W podobny sposób widzę ludzkie aury. Twoja na przykład jest pełna miłości — uśmiechnął się do niego, szczerze i serdecznie — Ale dziś było inaczej. Jak wspomniałem, widzę aury ludzi, nie miejsc. Przed chwilą wydawało mi się, jakbym patrzył na świat przez kolorowe szkło. To był kolor miłości, czystej, agape. Ale falował wokół ciebie, a czarne smugi, jakby... jakby jakieś macki oplatały twoje ciało. Dlatego chciałem wiedzieć... Laurent, czy wydarzyło się coś, co na ciebie wpłynęło? Nie musisz mi mówić o szczegółach, chciałem tylko... Martwię się o ciebie.
Zatrzymał się przed jednym z domków, zaledwie kilkaset metrów od restauracji.
— Wejdziesz? Możemy zamówić śniadanie przez ten mugolski... no... jak mu tam... telefon, tak. Rewelacyjne urządzenie.
Być może świadomość, że ktoś lada moment może wejść do środka, nawet jeśli był - z pozoru bezbronnym w starciu z czarodziejem - mugolem, sprawi, że Laurent poczuje się swobodniej.
Z miłości i szacunku nie próbował przekroczyć więc granicy. Nie forsował ściany, którą tak mozolnie stawiał. Powiedział przecież, że nie chodzi mu o seks. Może też zrezygnować z dotyku, jeśli tylko Prewett sobie tego życzy. Musiał jednak z nim porozmawiać, omówić to, co nie dawało mu spokoju. Nie miał w tym żadnej osobistej korzyści, poza ulgą, jaka spłynie na niego, gdy upewni się, że Laurent jest bezpieczny. Tylko tyle.
— Tego właśnie próbuję się dowiedzieć — odpowiedział spokojnie, obdarzając go przy tym łagodnym, choć smutnym uśmiechem. — Mam pewną teorię... co do tego miejsca, ale najpierw chciałbym... chciałbym się upewnić, czy to nie moja wyobraźnia.
Należy tutaj wyjaśnić, że Perseus miewał skłonności do bujania w obłokach i rozpaloną wyobraźnię, ukierunkowaną na doszukiwanie się ukrytych szczegółów; widywał oczy w korze brzóz, szpony w nagich konarach, twarze zaglądające do okien jego sypialni na Grimmauld Place, choć znajdowała się na drugim piętrze. Widział aureolę otaczającą głowę Laurenta. Kroczył pomiędzy jawą snem, zawsze jedną nogą w którymś z tych światów, nigdy stąpając obiema w jednym. Szalony? Tak, być może był odrobinę szalony. Kto normalny żyłby w taki sposób, jak on?
— Przepraszam, po prostu... przestraszyłem się tego i chciałem jak najszybciej cię stamtąd zabrać, to nie... to nie miało być — na samą myśl o tym, że Perseus w swoim rozgorączkowaniu przypominać Laurentowi o tych, którzy go skrzywdzili, robiło mu się niedobrze. Czy to dlatego zwiększał między nimi dystans? — Laurent, widzę, że się mnie boisz. Czy to dlatego, że kojarzę ci sie z czymś... nieprzyjemnym? Przepraszam, naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego... Bo przecież najgorsze czego możesz się po mnie spodziewać, to to, że podstawię ci laskę pod nogi, jednak zapewniam, że nie miałbym w tym żadnej korzyści.
Uśmiechnął się, a grymas ten był tak samo niezgrabny, co jego żart. Nie zamierzał prosić Laurenta, aby mu zaufał. Zaufanie to coś, co budowało się powoli swoimi czynami, a nie przychodziło na prośbę. Skinął głową i powoli ruszył przed siebie.
— Widziałeś kiedyś widmo Breckenu? Kiedy światło pada za plecami wędrowca i rzuca jego cień, wokół którego lśni tęczowa poświata. W podobny sposób widzę ludzkie aury. Twoja na przykład jest pełna miłości — uśmiechnął się do niego, szczerze i serdecznie — Ale dziś było inaczej. Jak wspomniałem, widzę aury ludzi, nie miejsc. Przed chwilą wydawało mi się, jakbym patrzył na świat przez kolorowe szkło. To był kolor miłości, czystej, agape. Ale falował wokół ciebie, a czarne smugi, jakby... jakby jakieś macki oplatały twoje ciało. Dlatego chciałem wiedzieć... Laurent, czy wydarzyło się coś, co na ciebie wpłynęło? Nie musisz mi mówić o szczegółach, chciałem tylko... Martwię się o ciebie.
Zatrzymał się przed jednym z domków, zaledwie kilkaset metrów od restauracji.
— Wejdziesz? Możemy zamówić śniadanie przez ten mugolski... no... jak mu tam... telefon, tak. Rewelacyjne urządzenie.
Być może świadomość, że ktoś lada moment może wejść do środka, nawet jeśli był - z pozoru bezbronnym w starciu z czarodziejem - mugolem, sprawi, że Laurent poczuje się swobodniej.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory