Pokiwał ledwie zauważalnie głową. Spragniony sławy gość też by w sumie pasował do tej historyjki. Może jakiś zazdrosny sąsiad, który w najśmielszych snach nie mógł liczyć, że do niego w odwiedziny wpadnie tyle osób? Mogło też chodzić o dosyć egzotyczną próbę zaimponowaniu komuś swoimi umiejętnościami magicznymi. Nie o takich rzeczach się słyszało. Ludzie potrafili zmieniać szczury w złote puchary, co miało stanowić wyznacznik ich obycia w arkanach transmutacji. Może tutaj ktoś chciał się pochwalić wzorowym wykorzystaniem zaklęć zmieniających ludzi w bobry?
— Na stażu — zdradził przyciszonym głosem z poważną miną. — Na pewnych wykładach u pewnej konkretnej osoby. Musiałem się tego nauczyć, żeby móc przewidzieć, kiedy zostanę spytany. Tak to jest, jak się ląduje na czarnej liście.
Uśmiechnął się rozbawiony, jednak niedługo później także skrzywił. Gdyby nie to, że wcześniej natknął się na Florence, być może całkowicie wyrzuciłby z głowy pracę, jednak teraz było z tym trochę ciężko. Zaraz, czy ona przypadkiem nie zapowiedziała mu jakiegoś testu? Zmarszczył brwi, starając się przypomnieć szczegóły ich szybkiej rozmowy. Taak, chyba tak. A może już mu się mieszało w głowie od alkoholu?
— Wiedział, jak zrobić dobry użytek ze swoich rąk. Tak zręcznie dawał i zabierał te wszystkie kieliszki, zauważyłaś? Prawdziwy wituoz. — Zmarszczył brwi. — Wirturoz? Geniusz w sensie.
Dobrze, że nie był świadom tego, że Wood mogła, chociażby rozważać opuszczenie balu z kelnerem. Nie, żeby miał coś do kelnerów, ale to by jasno świadczyło, że on zostałby pozostawiony sam sobie. I co miałby zrobić? Zostać na miejscu, dopóki goście nie zaczną się rozchodzić do domów, czy obrócić się na pięcie i teleportować, jak najdalej od Doliny? A może przywalić nowemu konkurentowi. Chociaż ze swoim celem, to mógłby sobie przy okazji zrobić niemałą krzywdę.
— Skoro z taką pompą zaczynają świętowanie wiosny, to kto wie, co zorganizują w trakcie lata. Może i warto by było wpadać na te ich imprezy... Wiesz, żeby się dowiedzieć, kto ma najlepszy barek. — skomentował na propozycję wspólnych wyjść w przyszłości.
Nie odnosił się nawet do samych Longbottomów, ile po prostu rodzin, które były znane z tego, że chętnie organizują różne bankiety i przyjęcia. Bal, w którym teraz brali udział, był dosyć medialny, jednak może nie każdy taki był? Przecież nie mogło być tak, że każda rodzina pragnęła dostać się na pierwsze strony gazet, prawda? Cameron przymknął na moment oczy, jakby zmęczyły go same rozmyślania na ten temat, jednak szybko rozchylił powieki. Nie chciał przysnąć.
— Nie. — Przesunął palcami po włosach, usiłując z dosyć marnym skutkiem przygładzić niesforne końcówki. Po chwili to jednak Ruda przejęła stery, co sprawiło, że zamruczał cicho. — Nie powiedziałem, że w innych wyglądasz gorzej. Wręcz przeciwnie. Nie, żebyś teraz wyglądała źle, bo wypadasz zjawiskowo, po prostu... Chyba gdzieś się z gubiłem w tym komplemencie. Jesteś dziesięć na dziesięć, Heather, naprawdę.
Zaśmiał się krótko, jakby rozbawiło go własne roztrzepanie, ale na jego policzkach dosyć szybko zagościły dosyć mocne rumieńce, którym towarzyszyło charakterystyczne ciepło. Przeniósł wzrok z usianego gwiazdami firmamentu na oczy Heather, gubiąc się poniekąd w jej niebieskich tęczówkach. Sięgnął po omacku po jej dłoń i przesunął delikatnie kciukiem po przegubie.
— Zdradzę Ci sekret, okej? Pierdolić można na wiele różnych sposobów. — Zagryzł dolną wargę, chcąc w ten sposób powstrzymać wybuch śmiechu. — Trzeba mieć tylko trochę wyobraźni.